Ciąg dalszy
Stojąc wtedy w ciemnym przedpokoju, czułam, jak krew pulsuje mi w skroniach. W kuchni paliło się małe światło. Ciotka Grażyna szeptała do swojego męża, Janusza, a ich syn Seba przeglądał coś w telefonie.
„Mówię ci, Janusz, ona ma tu pełno miejsca. Po co takiej młodej, samej, całe trzy pokoje? Trzeba jutro iść do urzędu. Znalazłeś te papiery w jej szufladzie?” – usłyszałam głos ciotki.
„Mam, mam. Akt własności mieszkania jest na jej matkę i na nią. A przecież po zmarłej babci nam też się należy część spadku. Jak się tu jutro zameldujemy na pobyt czasowy, to prawo stoi za nami. Prawo chroni lokatorów! Nie wygoni nas stąd przez lata, a w międzyczasie zmusimy ją do spłaty” – odpowiedział wuj biesiadnym, cwaniackim tonem.
Zamurowało mnie. Oni nie przyjechali na chwilę z powodu „remontu”. Oni przyjechali z premedytacją, z gotowym planem, żeby bezprawnie zająć moją własność, wykorzystując luki prawne i to, że kiedyś mieszkanie formalnie należało do mojej babci (zanim legalnie je wykupiłam). Przeszukali moje prywatne szuflady, kiedy byłam w pracy!
Moje serce waliło jak oszalałe. Strach natychmiast zamienił się w czystą, lodowatą wściekłość. Zrozumiałam, że jeśli zacznę krzyczeć, oni zorientują się, że ich plan się wydał, i mogą rano pierwsi pobiec do urzędów albo zmienić zamki, kiedy wyjdę do pracy. Musiałam działać sprytnie.
Plan idealny
Wróciłam na palcach do pokoju i zadzwoniłam do mojego przyjaciela, który prowadzi firmę przeprowadzkową oraz do znajomego prawnika. Rano wstałam z udawanym uśmiechem.
„Cioteczko, wujku! Mam dla was niespodziankę w ramach przeprosin za moje humory. Kupiłam wam jednodniowy bilet do ekskluzywnego aquaparku i SPA pod miastem. Autobus macie za godzinę, wszystko opłacone, obiad też!” – powiedziałam, wręczając im naprędce wydrukowane (i sfałszowane przeze mnie na komputerze) „kupony”.
Grażynie aż zaświeciły się oczy z chciwości. „Ooo, no widzisz, Aneczko, jednak potrafisz być miła!” – rzuciła. W pośpiechu spakowali klapki i ręczniki, po czym wszyscy troje wybiegli z mieszkania.
Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi windy, do akcji wkroczyła moja ekipa.
Finał, którego się nie spodziewali
W ciągu trzech godzin wszystkie ich walizki, torby, a nawet buty i kosmetyki zostały spakowane do profesjonalnych kartonów. Mój znajomy ślusarz błyskawicznie wymienił zamki w drzwiach wejściowych na nowoczesne, antywłamaniowe. Cały ich dobytek został przewieziony do płatnego magazynu typu Self Storage na obrzeżach miasta. Opłaciłam im tam dokładnie jeden miesiąc z góry.
Około godziny 17:00 zaczął wibrować mój telefon. To była Grażyna. Byli pod drzwiami SPA i dowiedzieli się, że kody kreskowe na kuponach są nieważne.
„Anka, co to ma być?! My tu stoimy jak idioty! Wracamy do domu!” – wrzeszczała do słuchawki. „Nie wracacie. Wasz dom jest kilkaset kilometrów stąd” – odpowiedziałam spokojnym, zimnym głosem.
Godzinę później byli pod moim blokiem. Zaczęli dobijać się do drzwi, szarpać za klamkę i krzyczeć na całą klatkę schodową, że wezwą policję. Wtedy otworzyłam drzwi – ale tylko na szerokość łańcucha.
Wujek Janusz czerwony ze złości krzyczał: „Otwieraj, ty gówniaro! My tu mieszkamy! Gdzie są nasze rzeczy?!”
„Policja już jedzie” – powiedziałam z uśmiechem, pokazując im ekran telefonu. „Ale wezwałam ją ja. Za włamanie do moich prywatnych dokumentów, usiłowanie wyłudzenia i naruszenie miru domowego. A wasze rzeczy? Są w magazynie. Oto kod dostępu i adres.”
W rzuciłam im pod nogi kartkę z adresem magazynu i zatrzasnęłam drzwi. Słyszałam jeszcze, jak Grażyna rzucała przekleństwami, a Janusz próbował kopać w drzwi, ale wkrótce na dole pojawiły się niebieskie sygnały radiowozu. Dzielnicowy, którego uprzedziłam o sytuacji rano, szybko wyjaśnił im, gdzie jest ich miejsce.
Skończyło się rumakowanie i „darmowe wakacje”. Od tamtej pory cała rodzina nie odzywa się do mnie, nazywając mnie w mediach społecznościowych „wyrodną i bezsercową”. A ja? W końcu piję kawę w ciszy, we WŁASNYM, bezpiecznym salonie.