Waria

— Mamo, — wracając ze sklepu, córka położyła na krześle siatkę z zakupami, — w kiosku „Soyuzpechati” są takie spinki… mają pomarańczowe koraliki, jak ikra, tak błyszczą! Mogę je kupić?

Są tanie — osiemdziesiąt kopiejek za parę.— Ile ty rozumiesz! Tanie! — matka wzruszyła rękami, — powinnaś myśleć o tym, jak poprawić trójkę z matematyki, a nie o… jakichś spinkach!

Matka nie rozpieszczała Warii, a dziewczynka, jeśli wcześniej o coś prosiła, szybko nauczyła się, że matka zawsze miała gotową odpowiedź: „nie potrzebne”, „ja w dzieciństwie nie miałam tego” albo po prostu „przestań z tymi głupotami”.

Pieniądze matce przychodziły z trudem. Przez osiem godzin, bez przerwy na lunch, stała przy krosnach.

Od ciągłego hałasu w warsztacie straciła część słuchu i krzyczała zamiast mówić. Waria przyzwyczaiła się i się nie obrażała.

Ale te bursztynowe spinki śniły jej się po nocach. Za każdym razem, gdy przechodziła obok kiosku, sprawdzała, czy ktoś je już kupił.

Pewnego dnia zauważył ją mężczyzna z chłopcem. Mężczyzna kupował gazetę, a chłopiec zaciekawiony, zobaczył, co dziewczynka z warkoczykami obserwuje za szybą.

— Co tam oglądasz, dziewczynko? — zapytał mężczyzna, myśląc, że Waria patrzy na czasopismo „Soviet Screen” z młodą Margaritą Terechową na okładce.

Wtedy wiele dziewczynek interesowało się filmem i chciało zostać aktorkami.

Waria zawstydziła się i, wsuwając ręce do kieszeni, pokręciła głową:

— Nic.

— Patrzy na spinki, — odpowiedziała za nią sprzedawczyni z kiosku, która codziennie się tam zatrzymywała!

— Jakie spinki? — mężczyzna nie miał wyboru, musiał je kupić, inaczej pytanie nie miało sensu. Zapłacił, a potem poprosił syna, aby dogonił dziewczynkę i oddał jej spinki.

— Dziękuję, ale nie mogę ich wziąć, — spuściła wzrok Waria, — mama nie pozwala mi brać rzeczy od obcych.

— A gdzie mam je teraz założyć, sam? — powiedział mężczyzna, który podszedł, — weź je.

Dziewczynka wyobraziła sobie, jak zabawnie będzie wyglądał ten wysoki, wąsaty mężczyzna ze spinkami, i uśmiechając się, wzięła je.

W domu poznała wiele nowych słów, z których „prostitutka” było najgrzeczniejszym.

Dzięki zwyczajowi matki komunikowania się krzykiem, epitetami, którymi obdarzała córkę, słyszało całe podwórze.

Obelgi na tym się nie skończyły: matka chwyciła skakankę i zaczęła bić Warię, powtarzając:

— Masz spinki, masz!

— Mamo-o-o! — krzyczała Waria, drżąc od uderzeń, — nie trzeba! Oddam… oddam je z powrotem!

— Zabierz mnie do niego! — wyczerpana, rozkazała kobieta, odrzucając skakankę.

— Do kogo? Nie znam go… — powiedziała przestraszona dziewczynka, patrząc na matkę, — kupił mi je przy kiosku i tyle… nie znam go…

Matka spojrzała na pobitą córkę, na odsłoniętych fragmentach skóry, na których pojawiły się purpurowe ślady od skakanki, i rzucając się w płacz, objęła ją:

— Wybacz mi… wybacz!

Lekcja została dobrze przyswojona. Nie brać nic, nawet od bardzo miłych ludzi.

Coś w niej się złamało; nawet nie żałowała spinek, które matka gdzieś wyrzuciła, najwyraźniej po to, by nie pozostawić żadnych wspomnień o swojej egzekucji wobec córki.

Gdy dziewczynka dorosła, spinki i wszelka biżuteria przestały być rzadkością. Sprzedawano wszystko!

Wariia dobrze zarabiała i mogła pozwolić sobie na dowolne spinki.

Tylko że już jej nie były potrzebne — miała cienkie i miękkie włosy, które skazywały ją na krótkie fryzury.

Mężczyźni ją lubili, ale związki kończyły się, zanim się zaczęły: gdy tylko młody człowiek przychodził na randkę z bukietem kwiatów, lub co gorsza, z prezentem, jej twarz zmieniała się i, tłumacząc się pilnymi sprawami, odchodziła.

— Jestem chora! — skarżyła się przyjaciółce przez telefon, — dopiero co mi się podobał, a nagle… słyszę, jak ona mnie wyzywa.

— Wariakin, co ty! — w głosie przyjaciółki było współczucie, — musisz iść do psychologa, inaczej zostaniesz sama do starości.

— Sama nie zostanę, — ocierała łzy, — mam ciebie. I mamę.

Mama leżała, zakrywając oczy, i nie od razu odpowiedziała, gdy Wariia wróciła do domu.

Leżała taka mała, chuda… nieszczęśliwa. Jej oczy błyszczały o zmierzchu.

Zniszczyła ją reforma monetarna. Nowe państwo, nowe realia.

Kiedy rublów, które całe życie odkładała na spokojną starość i wspaniałą przyszłość dla jedynej córki, zamieniły się w grosze, jakby oszalała.

Najpierw próbowała odzyskać środki, pisała do wszystkich instancji, do prezydenta, ale uświadomiwszy sobie bezcelowość swoich wysiłków, poddała się.

„Nie zdewaluowali pieniędzy, zdewaluowali moje życie” — powiedziała tylko. I złożyła ręce na piersi jak zmarła.

Przez pierwsze chwile Wariia miała z nią bardzo ciężko — matka odmawiała jedzenia. Potem było trochę łatwiej, choć nigdy w pełni się nie pozdrowiła.

— Podejdź, — próbowała oderwać rękę od kołdry. Udało się, ale na krótko, — chyba umier…

— Mamo, proszę cię! — uklękła przed łóżkiem Waria, — teraz wszystko się leczy, wyleczą cię.

— Moja droga, — usta matki drgnęły w uśmiechu, — dobra… Bez mnie, głupiej, chciwej staruszki, będzie ci łatwiej. Wiem… Wybacz mi te spinki. Wybacz, córko.

— Mamo, proszę, nie! — zapłakała Wariia, — dawno zapomniałam.

— Ja nie. Weź z kredensu, tam jest wszystko, co udało mi się uratować… chcę, żebyś to wzięła…

Wariia otworzyła kredens-bar i wzięła małe pudełko.

— To? — pokazała mamie.

— Tak… Otwórz.

W pudełku była metka ze szpitala z napisem „Cwietkowa Tatiana Siergiejewna, dziewczynka, 3450”, kilka złotych błyskotek i… te same spinki. Przyciemniały od czasu.

Wariia wzięła je do rąk i uśmiechnęła się, obiecując sobie, że zachowa je razem ze złotem.

Mama je uratowała. Od tego czasu nigdy jej nie ganiła, nawet słusznie. Zawsze starała się tłumaczyć na spokojnie.

— Chciałam ci je dać, ale nie mogłam, — powiedziała kobieta, — przypominałyby mi, że byłam najgorszą matką na świecie.

Ale kochałam cię, odkładałam pieniądze, jak wtedy mówiono, „na posag”… teraz rozumiem… Wybacz mi. Nie powinnam była wtedy…

— Mamo, zapomniałam! I ty zapomnij… dawno ci wybaczyłam, mamusiu. Kocham cię.

— Dobrze… Ja też cię… kocham.

Kobieta zamknęła oczy i zapadła w sen. Rano zmarła.

Minął rok. Wariia poznała mężczyznę, który zabrał ją do rodziców.

— Proszę, poznajcie Warienkę, — przedstawił ją matce i ojcu, — a to moja mama, Galina Nikołajewna, i ojciec, Aleksander Andriejewicz.

— Miło mi, — powiedział mężczyzna, a Waria przyjrzała się mu uważniej, — nie, myliłam się. Oni się nie znają.

— Bardzo spodobałaś się moim rodzicom, — powiedział jej następnego dnia narzeczony.

Wiosną wzięli ślub. Wariia przeprowadziła się do męża i, oprócz ulubionych rzeczy, zabrała ze sobą pudełko matki.

— Co tam jest? — zapytał mąż.

— Mój posag! — uśmiechnęła się i otworzyła je. Na wierzchu biżuterii matki leżały spinki.

Wariia wyczyściła je, jak mogła, ale w niektórych miejscach pozostała ciemność i wyglądały vintage. Plastik, który był pomarańczowy, stał się jasnożółty.

Mąż wziął spinki i spojrzał na nią dziwnie.

— Miałaś w dzieciństwie warkocze?

— To ty? Twój tata mi je kupił? — westchnęła.

Przez chwilę przed nią stał chłopiec z odstającymi uszami, któremu ojciec kazał je oddać.

Tę rodzinną historię Waria opowiedziała swojej synowej jako przykład, że w życiu nic nie dzieje się przypadkiem:

z powodu traumy związanej ze spinkami, nie mogła wyjść za mąż, dopóki nie spotkała syna tego, który jej je podarował.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to top button

Adblock Detected

Please consider supporting us by disabling your ad blocker