Wadim złapał profesora
Wadim złapał profesora za ramiona, nie pozwalając mu uciec. Starszy mężczyzna trząsł się z zimna i emocji, a z jego oczu płynęły łzy, zostawiając czyste ślady na brudnej od sadzy twarzy.
— Profesorze, błagam, niech pan mówi! Co się stało? Jak to możliwe, że człowiek, który ratował setki istnień, mieszka na ulicy?! — dopytywał Wadim, niemal krzycząc z przejęcia.
Andrzej Zawadzki rozejrzał się nerwowo wokół, jakby spodziewał się, że z mgły wyłonią się jego prześladowcy. W końcu, opadając z sił, usiadł na zardzewiałej skrzyni i zaczął mówić zachrypniętym głosem.
— Ty nic nie rozumiesz, Wadim… Myślisz, że twój wypadek dziesięć lat temu to był przypadek? — profesor zaśmiał się gorzko. — Byłeś wtedy młodym, obiecującym programistą, który stworzył system szyfrujący dla wielkiej korporacji medycznej. System, który wykrył, że ta firma handluje nielegalnymi organami na czarnym rynku. Chcieli cię uciszyć. Twój wypadek samochodowy był zaplanowany.
Wadimowi zakręciło się w głowie. Świat zaczął wirować. — Ale… pan mnie uratował…
— Tak, bo nie wiedziałem, w co gram — kontynuował profesor, tuląc do siebie zmarznięte ręce. — Kiedy trafiłeś na mój stół, dyrektor szpitala, który był powiązany z tą mafią, kazał mi… pozwolić ci umrzeć. Miałem wpisać zgon z powodu obrzęku mózgu. Oferowali mi miliony. Odmówiłem. Zrobiłem swoją robotę i przeżyłeś.
Profesor zawiesił głos, a jego twarz stężała z bólu. — Dwa dni później moja żona i córka zginęły w „wypadku” samochodowym. Oficjalnie — pękła opona. Nieoficjalnie — przyszedł do mnie ten sam człowiek i powiedział, że jeśli nie zniknę z powierzchni ziemi, następny będę ja. Zrozumiałem, że w szpitalu, w policji, wszędzie mają swoich ludzi. Żeby przeżyć i nie narażać nikogo więcej, sfingowałem własne samobójstwo. Stałem się duchem. Bezdomnym bez nazwiska.
Wadim stał jak sparaliżowany. Człowiek, który podarował mu życie, stracił przez niego wszystko, co kochał. W jego sercu strach błyskawicznie ustąpił miejsca palącej wściekłości.
— Profesorze — powiedział Wadim, klękając przed nim na zimnym betonie i patrząc mu prosto w oczy. — Dziesięć lat temu uratował pan mnie. Dzisiaj to się skończy. Tamten system szyfrujący? Nigdy go nie skasowałem. Wszystkie dowody mam na prywatnym serwerze, na który bałem się przez te lata zajrzeć, myśląc, że to tylko stara historia. Teraz wiem, co muszę zrobić. Idziemy do mnie.
Andrzej Zawadzki spojrzał na swojego dawnego pacjenta. W oczach bezdomnego chirurga, po raz pierwszy od dekady, zamiast strachu pojawiła się iskra nadziei. Gra przeciwko potężnemu wrogowi właśnie się rozpoczęła, ale tym razem to oni mieli zamiar wykonać pierwszy ruch.