Uważasz, że leczenie nie ma sensu, bo i tak wkrótce umrę?
Pamiętam ten dzień w najdrobniejszych szczegółach.
Jak promień słońca padał na białe ściany gabinetu lekarskiego, jak zaskrzypiało krzesło, gdy próbowałam wstać na uginających się nogach.Jak doktor Pietrowa patrzyła na mnie z uwagą, ale bez litości – dokładnie tak, jak trzeba było w tamtej chwili.
– Laryso Michajłowna, rozumiem, to szok – powiedziała cicho. – Ale będziemy walczyć. Mamy wszystkie możliwości.
Rak piersi. Dwa proste słowa, które wywróciły moje życie do góry nogami.
W wieku czterdziestu siedmiu lat myślałam, że wiem, co to trudności.
Wychowałam syna, przeszłam kryzysy małżeńskie, straciłam rodziców… Ale to? To było coś zupełnie innego.
Wracałam do domu jak we mgle. Autobus kołysał, ludzie rozmawiali o swoich sprawach, a ja siedziałam i nie mogłam uwierzyć, że to wszystko dzieje się ze mną.
I co teraz powiedzieć Nikołajowi? Jak znaleźć słowa?
Przywitał mnie w drzwiach swoim zwyczajowym pytaniem:
– No i co tam lekarze nawywijali?
Usiadłam na kanapie, złożyłam ręce na kolanach i spojrzałam mu w oczy.
– Kolia, mam raka.
Zastygł. Zupełnie, jakby czas się zatrzymał.
Potem powoli opadł w fotel naprzeciwko.
– Co… jak to raka?
– Rak piersi. Lekarka mówi, że są szanse, jeśli od razu zaczniemy leczenie…
Zapadła cisza. Długa, przytłaczająca, jakby wysysała całe powietrze z pokoju.
Nikołaj siedział, wpatrzony w podłogę, i milczał. A ja czekałam… na co? Na uściski?
Na słowa wsparcia? Choćby na pytania, co robić dalej?
– Będziesz jeść kolację? – zapytał w końcu.
Ot, tak. Jakbym powiedziała mu, że w sklepie skończyło się mleko.
W następnych dniach próbowałam z nim rozmawiać o leczeniu, o planach lekarzy, o tym, co nas czeka.
Ale za każdym razem znajdował sposób, by zmienić temat.
To nagle przypominał sobie o cieknącym kranie w kuchni, to brał gazetę i udawał, że jest bardzo zajęty.
– Kolia, jutro muszę jechać do szpitala na badania – powiedziałam któregoś wieczoru.
– Hm – mruknął, nie odrywając oczu od telewizora.
– Słyszysz mnie?
– Słyszę. Jedź.
I to wszystko. „Jedź”. Jakbym wybierała się po chleb.
Zaczęłam zauważać, jak unika patrzenia na mnie. Jak odwraca się plecami, kiedy się rozbieram.
Jak wychodzi z pokoju, jeśli w telewizji pokazują coś o medycynie.
Jakby moja choroba była zaraźliwa, a on bał się ją złapać.
Najgorzej było wieczorami. Leżeliśmy w jednym łóżku, ale między nami wyrósł mur.
Nikołaj kładł się plecami do mnie, a ja godzinami nie mogłam zasnąć, słuchając jego oddechu.
Czy to możliwe, że człowiek, z którym przeżyłam tyle lat, naprawdę myśli, że wystarczy nie mówić o chorobie – i ona sama zniknie?
Minął tydzień. Trzymałam w rękach dokumenty z zaleceniem chemioterapii i postanowiłam spróbować jeszcze raz z nim porozmawiać.
– Kolia, zobacz – podałam mu kartkę z zaleceniami. – Lekarka ułożyła plan leczenia. Mówi, że jeśli wszystko pójdzie dobrze…
– Po co to wszystko? – przerwał mi. – Przecież i tak…
Nie dokończył. Ale ja zrozumiałam. O Boże, jak dobrze zrozumiałam.
Coś we mnie wybuchło. Cały ten ból, strach, samotność ostatnich dni – wszystko wyrwało się na zewnątrz w jednym zdaniu:
– Uważasz, że leczenie nie ma sensu, bo i tak wkrótce umrę?
Słowa zawisły w powietrzu jak policzek. Nikołaj pobladł, otworzył usta, ale nic nie powiedział.
A ja ciągnęłam dalej:
– Dwadzieścia lat, Kolia! Dwadzieścia lat razem! A ty już mnie pochowałeś, tak?
Wygodnie, prawda. Nie musisz się martwić, wspierać, walczyć…
– Laro, ja nie…
– Nie co? Nie myślałeś? Nie chciałeś? A co chciałeś? Żebym się położyła i poddała?
Milczał, a ja czułam, jak wszystko we mnie płonie. Gniew, żal, rozczarowanie – wszystko zmieszane w jedną ognistą kulę.
– Wiesz co – powiedziałam cicho – będę się leczyć. Z tobą albo bez ciebie. Ale będę.
I poszłam do sypialni, zostawiając go samego z jego milczeniem.
Tej nocy nie zmrużyłam oka. Leżałam i myślałam o tym, jakie dziwne jest życie.
Choroba pokazała mi nie tylko to, że jestem śmiertelna.
Pokazała mi, na kogo naprawdę mogę liczyć.
Rano zadzwoniłam do Tatiany, mojej koleżanki z pracy.
– Tania, potrzebuję pomocy.
– Co się stało? – w jej głosie od razu zabrzmiał niepokój.
Opowiedziałam jej wszystko. O diagnozie, o reakcji Nikołaja, o tej strasznej rozmowie.
– Laryso – powiedziała stanowczo – szykuj się.
Przyjadę po ciebie. Jedziemy do mojej lekarki. To najlepsza onkolog w mieście.
Godzinę później siedziałyśmy już w poczekalni prywatnej kliniki.
Doktor Smirnowa okazała się kobietą około pięćdziesiątki, z uważnym spojrzeniem i niezwykle spokojnym głosem.
– Zobaczmy państwa wyniki – powiedziała, studiując moją kartę. – Drugi stopień, ale to nie wyrok. Wręcz przeciwnie, mamy świetne wyniki w podobnych przypadkach.
Po raz pierwszy od dni poczułam coś na kształt nadziei.
– Co muszę robić?
– Walczyć – uśmiechnęła się lekarka. – I nie wątpić.
Ma pani wszelkie szanse pokonać tę chorobę.
Doktor Smirnowa ułożyła szczegółowy plan – co będzie się działo każdego dnia, jak będę się czuła, na co się przygotować.
Cierpliwie odpowiadała na wszystkie moje nieskończone pytania.
A przede wszystkim – w jej głosie nie było ani cienia wątpliwości, że mam przyszłość.
Do domu wróciłam inna. Nie wyleczona – nie, przede mną była długa droga.
Ale już nie czułam się skazana.
Nikołaj siedział w kuchni, ponuro popijając herbatę. Gdy mnie zobaczył, podniósł wzrok.
– Gdzie byłaś?
– U lekarki. Ułożyłyśmy plan leczenia.
Położyłam przed nim kartki z zaleceniami. Spojrzał i odwrócił się.
– Kolia – powiedziałam zmęczona – nie zamierzam z tobą walczyć.
Mam ważniejszą bitwę. Ale wiedz – zamierzam ją wygrać.
W następnych tygodniach żyłam jakby podwójnym życiem. W dzień – szpital, zabiegi, badania.
Doktor Smirnowa miała rację: leczenie szło lepiej, niż się spodziewano.