Teściowa wyrzuciła moich rodziców z mojego mieszkania
Teściowa wyrzuciła moich rodziców z mojego mieszkania, kiedy nie było mnie w domu, ale w rezultacie tylko sobie zrobiła gorzej
Siedem lat. Siedem lat mieszkam w tym mieszkaniu, siedem lat budzę się obok Antona, siedem lat znoszę złośliwości jego matki. Siedem lat słucham w kółko tego samego: „Przyjechałaś ze swojej dziury i od razu urządziłaś się w gotowym gniazdku”. Walentyna Pietrowna nigdy nie przepuszcza okazji, by przypomnieć mi, że jestem tu obca.— Lena, znowu zostawiłaś naczynia w zlewie — mówi, wchodząc do kuchni, pojawiając się w naszym mieszkaniu jak zawsze bez zaproszenia i bez ostrzeżenia. Ma klucz, który Anton dał jej jeszcze przed naszym ślubem. Prosiłam wiele razy, żeby go zabrał, ale mąż tylko macha ręką: „No co ty, przecież to matka”.
— Miałam umyć po obiedzie — odpowiadam, nie podnosząc wzroku znad talerza. Pięcioletni Maksim siedzi obok i starannie je kaszę, zerkając na babcię. Czuje napięcie, dzieci wszystko czują.
— Miałam! — prycha Walentyna Pietrowna. — U ciebie zawsze tylko „miałam”. A potem Anton wraca z pracy zmęczony, a tu bałagan. Dobrze, że chociaż dziecko normalnie rośnie, nie takie jak ty.
Ściskam pięści pod stołem. Nie takie jak ja? To ja wstaję do niego w nocy, kiedy choruje. To ja czytam bajki i bawię się z nim w klocki. To ja zapisałam go do przedszkola i chodzę na wszystkie zebrania rodziców. Ale milczę. Jak zawsze.
Walentyna Pietrowna omiata kuchnię spojrzeniem gospodyni. A przecież sama kiedyś też była taką przyjezdną. Ze wsi pod Kaługą przeniosła się do Moskwy w latach osiemdziesiątych, wyszła za ojca Antona. Ale tego woli nie pamiętać. Teraz jest moskwianką, a ja — „napływowa” prowincjuszka.
— To mieszkanie przypadło naszej rodzinie po babci Antona — zaczyna swoją ulubioną śpiewkę. — A ty tu jesteś tylko… gościem. Tymczasowym gościem.
„Tymczasowy gość” — tak nazywa mnie już od siedmiu lat. Tymczasowy gość, który urodził jej wnuka, który pracuje od rana do wieczora, który oddał wszystkie swoje oszczędności na remont tego mieszkania.
— Mamo, dość — mówię ze zmęczeniem.
— Nie jestem ci matką! Walentyna Pietrowna! I nie zapominaj się. Ja tu jestem starsza, więc ja jestem gospodynią.
Maksim marszczy się i odsuwa talerz.
— Babciu, dlaczego złościsz się na mamę?
— Jedz kaszę, wnuczku. A mama niech się nauczy porządku w domu.
Wieczorem, gdy Anton wraca z pracy, próbuję z nim porozmawiać po raz kolejny.
— Antosza, nie możemy tak dłużej żyć. Twoja matka przychodzi, kiedy chce, robi mi kazania, przy dziecku mówi obrzydliwe rzeczy. Zabierz jej klucze.
Anton zdejmuje buty, nie patrząc na mnie.
— Lena, no co ty? Przecież to matka. Starsza osoba, samotna. Mieszkanie rzeczywiście od babci zostało…
— Anton! — chwytam go za rękę. — Jesteśmy siedem lat po ślubie! Mamy dziecko! To jest nasz dom!
— Nasz, nasz. Ale mama ma rację, formalnie mieszkanie zapisane jest na mnie. I przywykła przychodzić, kiedy jeszcze mieszkałem sam…
— To przepisz połowę na mnie. Oficjalnie.
Anton marszczy się, jakby poczuł ból zęba.
— Po co te formalności? Przecież się kochamy.Kochamy. Tak, chyba kochamy. Ale miłość i dokumenty to różne rzeczy. Zrozumiałam to nie od razu.
Tydzień później przyjeżdżają moi rodzice. Zamierzają zostać na dziesięć dni, posiedzieć z Maksimem, dopóki nasz urlop się nie skończy. Tata i mama — prości ludzie, on pracuje w fabryce, ona w szpitalu. Ale ile razy nam pomagali! Kiedy robiliśmy remont w łazience — dali dwieście tysięcy. Kiedy kupowaliśmy nowe meble — jeszcze sto. Kiedy Maksim zachorował — znowu ich pieniądze nas uratowały.
— Jak dobrze, że przyjechaliście — obejmuję mamę. — Bo Maksim tęsknił za babcią i dziadkiem.
— Tylko żebyśmy wam nie przeszkadzali — martwi się tata. — Tu i tak ciasnawo…
— Co ty, tato! To nasz dom, nasza rodzina. Rozgośćcie się.
Anton wita teściów serdecznie, jak zawsze. Szanuje ich, docenia pomoc. Ale widzę, że się denerwuje. Dzwoni do matki, uprzedza o przyjeździe moich rodziców.
— Mamo, na tydzień przyjechali rodzice Leny… Tak, wszystko w porządku, co ty… Rozumiem.
Następnego dnia musimy z Antonem iść do pracy. Rodzice zostają z wnukiem — czytają, bawią się, gotują obiad. Maksim jest szczęśliwy: babcia Wiera opowiada mu o ptakach i zwierzętach, a dziadek Misza pokazuje sztuczki.
Pracuję w biurze podróży jako menedżerka. O wpół do drugiej dzwoni do mnie mama, głos jej drży:
— Lenoczka, przyjechała twoja teściowa… Krzyczy, że my się tu samowolnie osiedliliśmy…
Serce spada mi do pięt.
— Mamo, co się dzieje?
— Mówi, żebyśmy zbierali rzeczy i wyjeżdżali. Że to jej mieszkanie i że nikogo nie zapraszała…
Słyszę w tle głos Walentyny Pietrowny:
— Ponajechali tu! Myślą, że można się osiedlić gdziekolwiek! To jest własność prywatna!
— Mamo, spokojnie. Zaraz przyjadę. Proszę dać słuchawkę Walentynie Pietrownie.
— Ona nie chce rozmawiać. Lenoczka, ona jest bardzo zdenerwowana… Maksim się przestraszył…
— A gdzie jest Maksik?
— W swoim pokoju. Dziadek siedzi z nim.
Rzucam wszystko i pędzę do domu. Po drodze dzwonię do Antona:
— Twoja matka wyrzuca moich rodziców!
— Co?! Lena, ja też już jadę.
— I zabierz jej wreszcie te klucze! Mam dość!
Docieram w pół godziny zamiast zwykłej godziny. Pod klatką stoi walizka moich rodziców. Walizka! Ona wyrzuciła ich rzeczy na ulicę!Wbiegam po schodach, słyszę krzyk:
— Nie ma co się tu urządzać! Macie swoją córkę, niech ona was utrzymuje!
Otwieram drzwi kluczem. W przedpokoju stoją moi rodzice — zagubieni. Mama płacze. Z pokoju słychać płacz Maksima.
— Walentyno Pietrowno, co się dzieje?
Ona odwraca się do mnie z twarzą czerwoną ze złości:
— A zapytaj swoich rodziców! Postanowili się tu osiedlić, widzicie! Tłumaczę im: to nie hotel, to prywatny dom!
— To nasz dom! — krzyczę. — Nasz z Antonem! I moi rodzice to moi goście!
— Nasz?! — śmieje się histerycznie. — Twój? Przecież ty tu nikim nie jesteś! Masz dokumenty na mieszkanie? Nie! A mój syn ma! To znaczy, że ja tu jestem najważniejsza!…
Mama podchodzi do mnie:
— Lenoczka, lepiej pojedziemy do hotelu…
— Nigdzie nie pojedziecie! — obejmuję ją. — Walentyno Pietrowno, proszę natychmiast przeprosić moich rodziców!
— Jeszcze czego! To oni powinni przeprosić za wtargnięcie!
Przyjeżdża Anton. Twarz ma ponurą, wie, że sprawa jest poważna.
— Mamo, co ty robisz?
— Antosza, bronię naszego domu! Oni tu chcą się osiedlić!
— Mamo, to goście. Na tydzień.
— Tydzień! A potem co? Zostaną na zawsze! Ja takich znam!
Idę do pokoju dziecięcego. Maksim siedzi na łóżku, pociąga nosem. Dziadek Misza głaszcze go po głowie.
— Mamo, dlaczego babcia Walja krzyczała na babcię Werę? — pyta syn.
W gardle mam gulę.
— Maksimku, dorośli czasem nie potrafią się dogadać. Ale wszystko będzie dobrze.
— A babcia Wiera i dziadek Misza wyjadą?
— Nie, wnuczku. Zostaną w gościach, tak jak planowali.
Wracam do salonu. Anton próbuje uspokoić matkę:
— Mamo, no po co się tak zachowujesz? To nie w porządku.
— Nie w porządku?! A to, że nikt mnie nie zapytał — to w porządku? Dowiedziałam się przypadkiem, że tu obcy ludzie mieszkają!
— Nie obcy! To rodzice Leny!