Przekazałem naszej mamie nasze oszczędności
— Przekazałem naszej mamie nasze oszczędności, żeby spłaciła swoje długi — oznajmił mi mąż.
Gdy Aleksiej wypowiedział te słowa, mój świat natychmiast się zawalił. Wszystkie marzenia, plany, nadzieje — wszystko roztrzaskało się na kawałki, jak kieliszek, który upuściłam ze szoku. Czerwone plamy na podłodze wyglądały jak krew mojego złamanego serca. Jak można było tak okrutnie zdradzić? Jak można było oddać obcej osobie to, co przez cały rok zbieraliśmy po groszach?Nasze życie rodzinne zaczęło się skromnie dwa lata temu. Nie urządzaliśmy wesela — brakowało nam pieniędzy. Aleksiej pracował jako ślusarz w zakładzie, a ja przygotowywałam posiłki w małej przydrożnej kawiarni.
Zarobki były niewielkie, ponieważ oboje dopiero ukończyliśmy naukę zawodu. Po zawarciu małżeństwa wynajęliśmy małe mieszkanie. Jednopokojowe lokum w spokojnej dzielnicy przekształciłam własnymi rękami w przytulne rodzinne schronienie.
Na parapetach pachniały miniaturowe doniczki z wielobarwnymi fiołkami, obok kanapy w dużej donicy rósł bujny fikus z pstrokatymi liśćmi. Własnoręcznie uszyłam słoneczne zasłony do kuchni i delikatne kremowe do salonu. Mąż wysoko cenił mój talent do tworzenia domowego komfortu i przyrządzania smacznych potraw.
Poważnych konfliktów między nami praktycznie nie było, poza sporami o wpływ matki na Aleksieja.
Moja teściowa, Walentyna Pietrowną, miała trudny charakter. Autorytarna i kapryśna, regularnie nas odwiedzała i ciągle znajdowała w moim zachowaniu niedociągnięcia. To krytykowała moje zdolności kulinarne, to uważała czystość w domu za niewystarczającą, to twierdziła, że zawód kucharki nie pasuje do żony jej cennego syna. Jakie zajęcie byłoby odpowiednie dla mojego statusu, Walentyna Pietrowną nigdy nie wyjaśniła.
Z pogardliwie zaciśniętymi wargami tylko stwierdzała: „Trzeba czegoś bardziej prestiżowego”. Tymczasem ja szczerze kochałam swoją pracę, a wynagrodzenie stopniowo rosło z każdym przepracowanym miesiącem. Kierownictwo mnie doceniało, a goście kawiarni zawsze byli zadowoleni.Walentyna Pietrowną była przekonana, że odebrałam jej jedyne skarby — syna. Aleksieja kochała i wychowywała samotnie. Jej mąż zniknął z ich życia, gdy chłopiec był jeszcze malutki. Mój mąż prawie nie pamiętał ojca, a teściowa unikała wszelkich wspomnień o nim. Oczywiście, nie miała łatwego życia. Pracowała bez wytchnienia, by go ubrać, wyżywić, wykształcić. W rezultacie Aleksiej stał się człowiekiem sukcesu. Wtedy teściowa zaczęła domagać się stałej uwagi i troski.
Aleksiej starał się jak najczęściej odwiedzać matkę, pomagać w domowych obowiązkach — naprawić szafę, powiesić obraz, wymienić żarówkę.
Szacował i szanował matkę, a ja rozumiałam, jak ważne miejsce zajmuje w jego sercu. W wielu sprawach konsultował się z Walentyną Pietrowną, stale słuchał jej rad. Często mnie to frustrowało i wyrażałam swoje niezadowolenie. Mąż tłumaczył, że nie może zasmucić matki, łatwiej zgodzić się na jej wymagania.
Poza tym teściowa miała działkę, i przez cały ciepły sezon, zamiast wspólnie wypoczywać z Aleksiejem na łonie natury, byłam zmuszona zostawać w dusznym miejskim mieszkaniu. Mąż spędzał czas na grządkach warzywnych. Zapraszał mnie, ale po kilku wyjazdach na działkę Walentyny Pietrownej stanowczo odmówiłam tam pojawiać się. Teściowa zmieniała się w prawdziwego domowego tyrana, który rozkazywał, marudził i czepiał się każdego drobiazgu. Postanowiłam, że w domu będzie spokojniej i zakończyłam te wizyty. Również do siebie Walentynę Pietrowną zbytnio nie zapraszałam.
Ostatnio coraz częściej czułam, że zajmuję drugorzędne miejsce w życiu Aleksieja. Przywiązanie do matki nie osłabło nawet po naszym ślubie. A teściowa, jakby testując granice mojej cierpliwości, celowo wzywała syna w każdy weekend, obciążając go wymyślonymi obowiązkami.— Muszę, żeby Aleksiej przyjechał i przyniósł melon, pomidory i słodką paprykę. Będę robiła leczo — oznajmiała.
— Leczo z melona? Ciekawy przepis — nie mogłam powstrzymać się od sarkazmu.
— Nie bądź mądra, leczo robi się z pomidorów i papryki, a melona chcę zjeść, póki sezon się nie skończył. Naprawdę chcesz, żebym sama targała taką ciężarówkę? Teraz są naprawdę ogromne.
Oczywiście zakupy również miał opłacać Aleksiej. O zwrocie wydanych pieniędzy nawet nie było mowy. I to przy tym, że teściowa doskonale wiedziała, że zbieramy pieniądze na samochód.
Samochód był naszym wspólnym marzeniem z mężem. Postanowiliśmy nawet odłożyć zakup własnego mieszkania na kredyt. Auto nie tylko skróciłoby czas dojazdu do pracy, ale też umożliwiłoby w ciepłe miesiące wyjazdy do lasów, nad jeziora, cieszenie się przyrodą.
Bez własnego transportu było trudno — do odległych miejsc trzeba było jeździć taksówką lub komunikacją miejską, co było kosztowne i niezwykle niewygodne.
Z własnym autem staliśmy się bylibyśmy niezależni. Przyjechaliśmy, wypoczęliśmy, zrobiliśmy grill, a kiedy chcieliśmy — wracaliśmy do domu.
Ponadto do miejsca pracy Aleksiej musiał dojeżdżać komunikacją miejską dwie godziny i wstawać o czwartej rano, ponieważ autobusy kursowały ściśle według rozkładu. Mając własny samochód, mógłby spać o dwie godziny dłużej. Dlatego auto nie było fanaberią, lecz koniecznością życiową, a my od dwunastu miesięcy regularnie odkładaliśmy środki na wymarzony zakup.
— Lepiej byście się pośpieszyli z własnym mieszkaniem! Wynajmujecie cudze i płacicie obcym ludziom! — oburzała się teściowa, a ja raz po raz przedstawiałam jej argumenty przemawiające za zakupem samochodu.
— Walentyno Pietrowną, wszystko już przemyśleliśmy z Aleksiejem. Najpierw samochód, potem mieszkanie, a dopiero potem będziemy planować dzieci. A przy okazji, samochód też będzie potrzebny przy maluchach.
— Z dziećmi? Najpierw choć jedno urodźcie. Dwa lata w małżeństwie, a nawet zwierzątka domowego nie macie — odpowiadała niezadowolona teściowa.
Zbliżał się mój urlop, a wraz z nim miałam otrzymać hojną premię za sumienną pracę przez cały rok. Oczywiście marzyłam o wyjeździe nad morze, ale zakup auta cieszyłby mnie jeszcze bardziej — we wrześniu moglibyśmy wreszcie pojechać na grzyby. Chodzić po złotym jesiennym lesie z wiklinowym koszem, cicho polując na duże prawdziwki, brązowe maślaki, rodziny opieniek na starych pniach. Marzyłam, planowałam i chętnie dzieliłam się tymi planami z mężem.