Pasożytka. Teściowa wyrzuciła mnie
Misha w końcu zasnął dopiero około trzeciej.
Siedziałam na skraju łóżka, zastygła w niewygodnej pozycji — ręka zdrętwiała, ramię bolało, ale bałam się poruszyć.U malucha wychodziły zęby — dziąsła były zaczerwienione, ciągle wkładał pięści do buzi i płakał tak, że serce mi pękało.
Wydawało się, że nie spał całą wieczność.
Wystarczyło tylko spróbować przenieść go do łóżeczka — natychmiast się budził, jakby wyczuwał, że chcę uciec.
Zaledwie siedem miesięcy, a przez ten czas zdążyłam przeżyć całe nowe życie.
Miłość, ból, niepokój, szczęście — wszystko splotło się w ciasny węzeł, którego teraz nie da się rozwiązać.
Gdy oddech syna się wyrównał, ostrożnie wstałam. W oknie naprzeciwko paliło się światło — ktoś w naszej dziewięciopiętrowej panelowej kamienicy też nie spał.
Często się zastanawiałam, kto tam jest — równie zmęczona matka jak ja? Bezsenny staruszek? Zakochana para?
Kiedyś marzyłam, że ja i Sierioża kupimy swoje mieszkanie i będę patrzeć ze swojego okna na własne podwórko.
Ale te marzenia rozproszyły się jak dym.
Trzy lata pracy na kasie w „Produktach” — i wszystkie moje oszczędności przepadły.
Najpierw — pierwszy wkład na hipotekę, której i tak nie sfinalizowaliśmy.
Potem — na remont w tym mieszkaniu, w którym mieszkaliśmy z Anną Pietrowną, matką Sierioży.
„Będzie przytulniej” — mówił. Ale przytulniej zrobiło się tylko dla nich.
Odkąd przekroczyłam ten próg z walizką i głupią nadzieją na szczęśliwe życie, ani razu nie poczułam się u siebie.
„Wszystko się ułoży” — obiecywał Sierioża półtora roku temu. „Weźmiemy ślub latem” — mówił, zanim zaszłam w ciążę.
„Trochę poczekamy” — szeptał, gdy urodził się Misha. Kiwałam głową. Wierzyłam. Czekałam. Ale pieczątka w paszporcie wydawała mu się czymś zbędnym.
Anna Pietrowna codziennie rano brzęczała kluczami w przedpokoju, szykując się do pracy w księgowości.
W myślach nazywałam ją „szpicem” — mała, złośliwa, z wiecznie zadartym nosem.
Ze mną rozmawiała tylko wtedy, gdy było to konieczne, jakby nie byłam matką jej wnuka, lecz tymczasową służącą.
Kiedy gotowałam — krzywiła się: „Nie umiesz obchodzić się z jedzeniem”. Kiedy prałam — „To są drogie rzeczy”. Ale zawsze z jadowitym uśmiechem.
„Świetlanko, mogłabyś umyć podłogi” — mówiła w mój jedyny dzień wolny.
„Świetlano, kupiłam twaróg dla Mishenki” — dodawała, choć nigdy nie brałam jej produktów.
Swoje pokoje zamykała na klucz. Pod naszą nieobecność — sprawdzała rzeczy.
Pewnego dnia przyłapałam ją na zaglądaniu do mojej szafy. „Szukam ręcznika” — powiedziała bez cienia zażenowania.
W kuchni panował szczególny porządek. Jej talerze — osobno, nasze — osobno.
Jej patelnia, jej garnki, jej trzepaczka. Nic wspólnego.
Gdy Sierioża się spóźniał, jadłam kolację w pokoju — byle tylko nie siedzieć z nią przy jednym stole.
A jednak jakoś się dogadywaliśmy — dzień za dniem, miesiąc za miesiącem.
Przed narodzinami Mishy wciąż mogłam wyrwać się — do pracy, do przyjaciółek, po prostu na spacer.
A teraz? Z dzieckiem na rękach, z marnymi trzystu złotymi w portfelu i czterema tysiącami zasiłków na karcie.
Cicho zamknęłam drzwi i wyszłam do korytarza. Chciało mi się pić, głowa dudniła od braku snu — druga bezsonna noc z rzędu.
Wczoraj Misha obudził się o wpół do drugiej i zasnął dopiero o piątej.
A o dziesiątej rano — znowu na nogach. Poruszałam się jak zombie, oczy miałam jakby zasypane piaskiem.
W kuchni świeciło światło. Anna Pietrowna jeszcze nie spała.
Chciałam po prostu nalać wody i odejść, ale nie zdążyłam zrobić nawet kroku.
— Jeszcze nie śpisz? — odezwała się teściowa, odwracając się. — Znowu siedzisz przy telefonie, widziałam światło pod drzwiami.
— Misza źle śpi — odpowiedziałam. — Ząbkuje…
Parsknęła. W tym dźwięku było wszystko — i niedowierzanie, i aluzja, że po prostu unikam obowiązków, i „ja w twoim wieku pracowałam i dzieci wychowywałam”.
— Można ciszej? — poprosiłam, drżąc na dźwięk stukotu talerzy. — Misza dopiero co zasnął.
Coś przemknęło w jej oczach. Nagle odwróciła się w stronę zlewu, zgarbiła, a potem…
Potem odwróciła się do mnie. Twarz skrzywiona, oczy zwężone. Z hukiem postawiła filiżankę na stole.
— Ciszej? — powtórzyła Anna Pietrowna. — Mam chodzić po domu na palcach?
Oparłam się o framugę. Siedem miesięcy bez snu.
Siedem miesięcy życia w tych dziesięciu metrach, gdzie każdy krok był jak po polu minowym.
— Po prostu prosiłam, żeby nie trzaskać naczyniami — powiedziałam cicho.
— A może po prostu nie umiesz usypiać dzieci? — skrzyżowała ręce teściowa.
— Wychowałam dwoje. I żadnych problemów z zębami nie było. I spali jak aniołki.
Pasożytka. Teściowa wyrzuciła za próg kobietę z małym dzieckiem. Ale nawet nie mogła o tym pomyśleć…
Misza w końcu zasnął dopiero około trzeciej.
Siedziałam na skraju łóżka, nieruchomo w niewygodnej pozycji — ręka zdrętwiała, bark bolał, ale bałam się poruszyć.
U malucha wyrzynały się zęby — dziąsła były zaczerwienione, ciągle wkładał piąstki do buzi i płakał tak, że serce mi pękało.
Wydawało się, że nie spał całą wieczność.
Wystarczyło tylko spróbować przenieść go do łóżeczka — natychmiast budził się, jakby wyczuwał, że chcę uciec.
Tylko siedem miesięcy, a w tym czasie zdążyłam przeżyć całe nowe życie.
Miłość, ból, niepokój, szczęście — wszystko splątało się w ciasny węzeł, którego teraz nie da się rozwiązać.
Kiedy oddech syna się uspokoił, ostrożnie wstałam.
W oknie naprzeciwko świeciło światło — ktoś w naszej dziewięciopiętrowej panelowej kamienicy też nie spał.
Często się zastanawiałam, kto tam jest — taka sama zmęczona matka jak ja? Bezsenny staruszek? Zakochana para?
Kiedyś marzyłam, że razem z Siergiejem kupimy własne mieszkanie, a ja będę patrzeć z własnego okna na swój podwórko. Ale te marzenia rozpłynęły się jak dym.
Trzy lata pracy na kasie w „Produktach” — i wszystkie moje oszczędności poszły na nic. Najpierw — pierwszy wkład na hipotekę, której i tak nie zrealizowaliśmy.
Potem — na remont w tym mieszkaniu, w którym mieszkaliśmy z Anną Pietrowną, matką Siergieja.
„Będzie przytulniej” — mówił. Ale przytulniej stało się tylko dla nich.
Odkąd przekroczyłam ten próg z walizką i głupią nadzieją na szczęśliwe życie, ani razu nie poczułam się w domu.
„Wszystko się ułoży” — obiecywał Siergiej półtora roku temu.
„Weźmiemy ślub latem” — mówił, zanim zaszłam w ciążę.
„Poczekamy trochę” — szeptał, kiedy urodził się Misza.
Kiwnęłam głową. Wierzyłam. Czekałam. Ale pieczątka w paszporcie jakoś mu wydawała się zbędna.
Anna Pietrowna każdego ranka brzęczała kluczami w przedpokoju, szykując się do pracy w księgowości.
Nazywałam ją w myślach „szpicem” — mała, złośliwa, z wiecznie zadartym nosem.
Rozmawiała ze mną tylko wtedy, gdy było to konieczne, jakbym nie była matką jej wnuka, lecz tymczasową służącą.
Kiedy gotowałam — krzywiła się: „Nie umiesz obchodzić się z produktami”. Kiedy prałam: „To są drogie rzeczy”. Ale zawsze z jadowitym uśmiechem.