Notariusz zadzwonił wczesnym rankiem — właśnie tak zostałam milionerką
Notariusz zadzwonił wczesnym rankiem — właśnie tak zostałam milionerką
Telefon zadzwonił tak nagle, że omal nie wylałam kubka rozpuszczalnej kawy. Siódma rano! Komu przyszło do głowy dzwonić o takiej porze? Na ekranie pojawił się nieznany numer.— Halo — mój głos brzmiał chrapliwie po bezsennej nocy z tłumaczeniami.
— Anna Siergiejewna? Sokołow Igor Władimirowicz, notariusz. Przepraszam za tak wczesny telefon, ale sprawa jest pilna. Musimy się dziś spotkać.
Przetarłam oczy. Notariusz? Czy mam jakieś problemy z mieszkaniem? Tylko tego brakowało.
— O co chodzi? Mam dziś trzy zajęcia i dwie wizyty u klientów.
— Chodzi o spadek. Więcej przez telefon nie mogę powiedzieć. Czekam na panią o dziesiątej w kancelarii notarialnej przy ulicy Lenina 15.
Rozłączył się, a ja stałam z telefonem w ręku. Spadek? Od kogo? Rodzice odeszli pięć lat temu, babcia Liza — trzy lata temu. Innych krewnych po prostu nie mam.
— Głupia jesteś, Aniu — mruknęłam — pewnie jakaś pomyłka.
Całą następną godzinę krzątałam się po mieszkaniu. Z roztargnieniem sprawdziłam pocztę — czekał list od właściciela mieszkania z przypomnieniem o podwyżce czynszu. Wspaniale. Po redukcji etatu w szkole językowej ledwo starczało mi na obecną stawkę.
Otworzyłam lodówkę. Paczka twarogu, pół bochenka i słoik kiszonych ogórków. Królewskie śniadanie dla przyszłej dziedziczki!
— Boże, o czym ja myślę? — zatrzasnęłam drzwiczki. — To pewnie jakiś przekręt.
O wpół do dziesiątej stałam już przed drzwiami kancelarii notarialnej. Małe pomieszczenie z obdrapanymi ścianami nie wzbudzało zaufania.
— Anna Siergiejewna? — starszy mężczyzna w staromodnym garniturze wstał zza biurka. — Proszę wejść, proszę usiąść.
Usiadłam na krześle, mocno ściskając torebkę.
— O jakim spadku mowa? Nie mam już krewnych.
Sokołow wyjął teczkę z dokumentami.
— Znała pani Margaritę Pietrowną Sawieliewą?
Zmarszczyłam brwi. Imię brzmiało znajomo.
— Chyba babcia wspominała… Siostra dziadka? Wyjechała za granicę bardzo dawno temu.
— Tak. Margarita Pietrowna przeniosła się do Szwajcarii w latach siedemdziesiątych. Dwa tygodnie temu zmarła w Zurychu.
— Ale co ja mam z tym wspólnego? Nigdy się nie kontaktowałyśmy.
Sokołow zdjął okulary i przetarł je chusteczką.
— Chodzi o to, że jest pani jedyną wskazaną spadkobierczynią całego jej majątku.
Roześmiałam się. Głośno i nerwowo.— Chyba pan żartuje? Jakaś daleka krewna, której na oczy nie widziałam, zostawiła mi spadek? Brzmi jak oszustwo.
— Proszę mi wierzyć, to nie żart — podał mi dokumenty. — Oto międzynarodowy akt zgonu, notarialnie poświadczony. A tu kopia testamentu.
Przebiegłam wzrokiem po linijkach i poczułam, że pokój się kołysze.
— Cztery i pół miliona euro? Willa we Włoszech? Akcje spółki? To jakaś pomyłka.
— Żadnej pomyłki. Margarita Pietrowna stworzyła sieć butików z ekskluzywną odzieżą. Majątek szacuje się na około sześć milionów euro.
— Ale dlaczego ja? — ścisnęłam podłokietniki krzesła.
Sokołow wyjął zapieczętowaną kopertę.
— Zostawiła pani list. Może znajdzie się w nim odpowiedź.
Rozdarłam kopertę drżącymi dłońmi. Pismo było drobne, staranne:
*„Aneczko!
Nie znasz mnie, a ja nigdy cię nie widziałam. Ale po śmierci twojego dziadka Pieti (mojego brata) poprosiłam Zinę Krugłową (pamiętasz taką?) o czasem kilka słów o waszej rodzinie. Tak dowiedziałam się o twoich sukcesach w szkole, o studiach, o mamie i tacie. Boże, jak żal, że tak wcześnie odeszli.
Wiesz, zawsze mówiono, że jesteś do mnie podobna. Ta sama przyzwyczajenie gryźć długopis, gdy myślisz. To samo uparte usposobienie. Bałam się do ciebie pisać – po co staruszka? A i przeszłość nie dawała spokoju.
Te pieniądze zarobiłam sama, zaczynając od małego atelier. Nie pozwól, by te rekiny z firmy cię zastraszyły! Od dawna ostrzyli sobie zęby na moje miejsce. Wiem, jak ci teraz ciężko bez pracy. Może to moja szansa, by coś naprawić.
Twoja Rita”*
— To niemożliwe — szepnęłam.
Telefon Sokołowa zadzwonił.
— Tak, Anna Siergiejewna jest tutaj… Dobrze, proszę połączyć.
Podał mi słuchawkę.— Monsieur Dupre, dyrektor wykonawczy firmy Margarity Pietrowny.
— Halo? — powiedziałam niepewnie.
— Mademoiselle Anna? — odezwał się ostry głos z akcentem. — Jean-Pierre Dupre. Jesteśmy bardzo zaskoczeni decyzją Madame Sawieliewej. Przekazać firmę nieznanej krewnej… Nalegam na spotkanie w celu omówienia przyszłości przedsiębiorstwa.
— Ja… jeszcze nic nie zdecydowałam.
— Pogrzeb za trzy dni. Oczekujemy pani w Zurychu. Bilety już są zamówione.
Do domu wracałam jak we mgle. Moja kawalerka nagle wydała się taka ciasna, taka… tymczasowa. A w głowie wciąż brzmiała suma: cztery i pół miliona euro.
— No proszę, Aniu, jesteś milionerką! — roześmiałam się, patrząc na pęknięcie w suficie.
W szafce znalazła się butelka taniego wina, pozostałość po urodzinach. Nalałam do kubka. Za spokój ciotecznej babci, której nigdy nie znałam, ale która jednym testamentem przewróciła moje życie do góry nogami.
Poranek przed wylotem przywitał mnie dzikim bólem głowy. Pakowanie, wymiana waluty, gorączkowe próby nauczenia się choć kilku francuskich zwrotów. Sąsiad Witia, któremu zdradziłam nowinę, patrzył na mnie jak na wariatkę.
— Przecież cię oszukują, na sto procent! — rozlał herbatę do kubków. — Pamiętasz Tańkę z trzeciego? Też jej „świecił spadek z Kanady”. Oddała dziesięć tysięcy za formalności — i po wszystkim.
— Widziałam dokumenty, Witku. Prawdziwe…
— No, no. Uważaj, żeby cię nie naciągnęli na pieniądze — parsknął śmiechem. — A jeśli naprawdę zostaniesz bogata, nie zapomnij, kto ci grzejniki naprawiał.
Do lotniska jechałam z bijącym sercem. A jeśli po prostu wyrzucę pieniądze na bilety? Albo co gorsza — to jakaś szajka handlarzy ludźmi?
Ale w Zurychu czekał na mnie kierowca z tabliczką „Ms. Saveljeva”. Aż podskoczyłam, widząc swoje nazwisko. Czarny mercedes miękko ruszył z miejsca.
— Pierwszy raz w Szwajcarii? — zapytał kierowca łamaną angielszczyzną.
— Tak. I w ogóle pierwszy raz za granicą.
— O! Madame Margarita dużo o pani opowiadała.
Spojrzałam na niego zaskoczona:— Znał pan moją babcię?
— Oczywiście! Woziłem madame dwanaście lat. Bardzo surowa, ale sprawiedliwa. Zawsze wspominała o siostrzenicy z Rosji.
Podjechaliśmy pod luksusowy hotel. W holu czekała na mnie kobieta w średnim wieku z idealną fryzurą.
— Mademoiselle Anna? Jestem Sophie Bernard, osobista asystentka madame Saveljewej. Proszę za mną.
W pokoju czekały na mnie owoce, szampan i… czarna sukienka.
— Zamówiliśmy według przybliżonych wymiarów — wyjaśniła Sophie. — Jutro pogrzeb. A wieczorem kolacja z zarządem firmy.
— A co z akcjonariuszami? Radą dyrektorów? — wyrzuciłam z siebie pierwsze, co przyszło mi do głowy po filmach amerykańskich.
Sophie uśmiechnęła się:
— O, zna się pani na biznesie? Madame nie myliła się co do pani.
Podała mi teczkę:
— Tu są materiały o firmie. Jean-Pierre prosił, bym przekazała. Bardzo chce się spotkać przed pogrzebem.
— Ten dyrektor? Ten, który dzwonił do Moskwy?
Sophie zawahała się:
— Tak. Ale radziłabym nie spotykać się z nim sam na sam. On… nie jest zadowolony z pani pojawienia się.
Odeszła, a ja opadłam na łóżko wielkości mojej kuchni. Telefon zawibrował — wiadomość od Witi: „No i co, jesteś już milionerką?”. Uśmiechnęłam się i zrobiłam selfie na tle panoramy Zurychu. „Jeszcze trudno w to uwierzyć”.
Wieczorem rozległo się pukanie do drzwi. Na progu stał wysoki mężczyzna z idealnie uczesanymi siwymi włosami.
— Mademoiselle Saveljeva? Jean-Pierre Dupre. Musimy porozmawiać.
Wpuściłam go do pokoju, czując, jak serce bije mi w gardle.
— Nie spodziewałam się pana tak wcześnie — poprawiłam koszulkę i próbowałam wygładzić potargane włosy.
Jean-Pierre wszedł do środka, nawet nie pytając o pozwolenie. Obejrzał mój otwarty bagaż i porozrzucane rzeczy.
— Nie będę owijał w bawełnę. Ten spadek to pomyłka — mówił z akcentem, ale bardzo wyraźnie. — Margarita była… nie w pełni sił ostatnie miesiące.
— Co to znaczy „nie w pełni sił”?
— Jej zdrowie… — zawahał się. — Wiek. Podejmowała decyzje, które szkodziły firmie. Bardzo się martwiliśmy.
Skrzyżowałam ręce na piersi.