Nie trzeba, synku — błagała nieznajoma staruszka
— Nie trzeba, synku — błagała nieznajoma starsza kobieta, którą Artem spieszył się zawieźć do szpitala. — I tak mnie tam nie przyjmą. Już tyle razy tam chodziłam ze skargami… Widocznie nadszedł mój czas odejść… Zostaw mnie, synku!
Artem ostrożnie nawinął kabel na szpulę i załadował ją do furgonetki. Jego współpracownik, siedzący już za kierownicą, machnął mu ręką, ponaglając. Po szpuli do środka trafiła skrzynka z narzędziami oraz torby z niezbędnym sprzętem. Gdy zakończył załadunek, Artem westchnął ciężko, otrzepał rękawice robocze z brudu i wsiadł na miejsce pasażera.
— Jedźmy — rzucił znużonym tonem.
— Gotowy? — zapytał kierowca, uruchamiając silnik.
— Jak zawsze — odpowiedział Artem, zapinając pas bezpieczeństwa.
— Dziś jesteś wyjątkowo milczący — zauważył kierowca, skręcając na drogę.
— Po prostu jestem zmęczony — przyznał Artem. — Ta praca wysysa ze mnie całą energię.
— Wiem, rozumiem cię — pokiwał głową kolega. — Ale nikt cię przecież nie zmusza. Sam wybrałeś tę drogę.
— To prawda — przyznał Artem. — Ale czasami marzę tylko o tym, żeby odpocząć.
— My wszyscy o tym marzymy — zaśmiał się kolega. — Ale, niestety, na odpoczynek brakuje czasu.
— Dokładnie tak — westchnął Artem.
Tak zaczął się kolejny dzień pracy Artema. Już od trzech miesięcy pracował jako monter instalacji elektrycznych, codziennie zajmując się układaniem nieskończonych linii kabli. Niedawno w jego mieście szalał straszliwy huragan, który powalił wszystkie słupy niczym zapałki. Od tamtej pory życie Artema zamieniło się w niekończący się wyścig: trzeba było pracować dniami i nocami, aby przywrócić światło w domach mieszkańców.
On i jego koledzy niemal mieszkali w pracy, a zamykając oczy w nocy, widzieli przed sobą tylko czarne sylwetki kabli, brzęczących od napięcia. Mimo to Artem starał się wykonywać swoją pracę bezbłędnie.
Niedawno Artem wrócił z wojska i od razu podjął pracę w zawodzie, który zdobył w technikum. Nigdy nie miał rodziny — był sierotą i dorastał w domu dziecka. Tam, wśród innych porzuconych dzieci, upłynęło jego dzieciństwo i młodość.
Później poszedł na naukę, a potem oddał dług ojczyźnie, służąc w wojskach łączności. To było jego dawne życie, które Artem za wszelką cenę próbował zapomnieć. Ale jak dotąd — bez większego powodzenia.
W końcu dotarli na miejsce. Artem, przecierając zaspane oczy, wysiadł z samochodu. Jego partner, Michaił, kazał mu rozładować furgonetkę. Misha wychylił się przez okno i zapalił papierosa:
— Zaraz przyjadą pozostali. Musimy zdążyć się przygotować przed ich przyjazdem.
Artem skinął głową, wziął skrzynkę z narzędziami i zaczął ją rozładowywać. Misha, obserwując go, zapytał:
— Jak się spało?
— Źle — odpowiedział Artem, starając się utrzymać ciężką skrzynkę. — Znowu te sny.
— Jakie sny?
— No, sam wiesz… — Artem zawahał się, nie chcąc wdawać się w szczegóły.
Misha uśmiechnął się krzywo:
— O tych snach, w których zostajesz superbohaterem i ratujesz świat?
— Prawie — mruknął Artem, starając się nie roześmiać.
Misha roześmiał się:
— A próbowałeś kiedyś zrobić coś więcej niż tylko marzyć?
— Staram się — odpowiedział Artem, stawiając skrzynkę na ziemi. — Ale nie zawsze wychodzi.
Po rozładowaniu samochodu Artem ułożył wszystko obok nowego słupa i, siadając na trawie, zaczął zakładać „koci pazur” – specjalne kolce do wspinania się na słupy. Wkrótce podjechał UAZ wypchany pracownikami, a Artem, dopijając kawę, zaczął wspinać się na słup. Do obiadu on i jego koledzy zdążyli przeciągnąć prawie pół kilometra kabla.
— Żwawiej, chłopaki — poganiał ich kierownik, który przyjechał skontrolować postęp prac. — Czemu tak się guzdrzecie? Do jutra trzeba oddać ten odcinek, a my nawet połowy nie zrobiliśmy!
Artem już miał rzucić jakąś złośliwość, ale się powstrzymał. Dopiero co zaczął tu pracować, a każdy konflikt mógł obrócić się przeciwko niemu. Tłumiąc chęć do sarkazmu, z podwojoną energią zabrał się do łączenia przewodów, sprawnie operując kombinerkami. Kierownik postał jeszcze chwilę, po czym wsiadł do auta i odjechał. Wszyscy odetchnęli z ulgą.
— Wreszcie się zmył — powiedział Misha, pokazując w jego stronę zgiętą rękę. — Najmądrzejszy się znalazł, plan mu się pali, wielkie mi rzeczy. Jakbyśmy tu na spacer przyszli!
— No właśnie — odezwał się Artem, nie odrywając się od pracy. — Harujemy tu codziennie od rana do nocy.
— Co ty nie powiesz — uśmiechnął się Misha. — Przecież to najtrudniejszy projekt w całej naszej karierze! Bez nadgodzin ani rusz.
— Właśnie — przytaknął Artem, łącząc kolejny przewód. — A on się spieszy. Jakby bez niego wszystko się rozleciało.
— Dobra, nie narzekaj już — machnął ręką Misha. — Najważniejsze, że odjechał.
— To fakt — zgodził się Artem, wycierając pot z czoła. — Przynajmniej parę godzin spokoju.
— Taaa… — westchnął Misha. — Ale potem się zacznie…— Nie zaczynaj — przerwał mu Artem. — Lepiej napijmy się kawy, jak skończymy?
Jego myśli przerwał widok, który rozgrywał się tuż pod nim. Obok słupa, na którym siedział, szła zgarbiona staruszka w podartych ubraniach. Chwiała się na boki i często zatrzymywała, schylając się jeszcze niżej.
— Hej, babciu! — krzyknął Artem. — Tu niebezpiecznie! Mogą spaść przedmioty z góry!
Staruszka nawet się nie ruszyła.
— Słyszysz? Niebezpiecznie tutaj! Przejdź szybciej! — krzyknął głośniej. Staruszka w końcu go usłyszała, ruszyła dalej, ale po kilku metrach upadła i zamarła.
Artem, widząc to, szybko zszedł na dół. Zdejmując w biegu «kocie pazury», pobiegł do staruszki i odwrócił ją na plecy. Zobaczywszy jej blade, sine usta, przeraził się.
— Serce… — szepnęła, nie otwierając oczu. — Serce boli…
Podniósł ją na ręce i pobiegł w stronę samochodu. Ułożył staruszkę na tylnym siedzeniu, a sam usiadł za kierownicą.
— Musimy wezwać pogotowie… — zaczął Misha, który podbiegł do niego.
Artem nagle go zatrzymał:— Nie ma czasu na czekanie! Jedziemy do szpitala!
Zapalając silnik, Artem ruszył z miejsca i pędził ulicą.
Po drodze Artem przypomniał sobie przypadek z wojska. Pewnego razu podczas marszu jeden z chłopaków z jego kompanii poczuł się źle. Upadł, chwytając się za serce, a Artem z kolegami wlekli go do samochodu na improwizowanych noszach z karabinów. Chłopak miał na imię Sierioża i zmarł w drodze do lazaretu. Jak się później okazało, miał wrodzoną wadę serca, z którą nie powinno się go brać do wojska. Artem pamiętał, jak Sierioża charczał, trzymając się za lewy bok, i poruszał niebieskimi wargami. Teraz to samo robiła nieznajoma staruszka, leżąca za nim. I teraz Artem całym sercem starał się, by nie spotkał ją ten sam los co Sieriożę.
Zatrzymując samochód przed miejskim szpitalem nr 1, Artem wyjął staruszkę z auta i wbiegł do środka. Jego krzyk rozbrzmiał echem w budynku, podczas gdy czekał na personel. Po chwili zeszła pielęgniarka i, podchodząc, niezadowolona zapytała, dlaczego tak głośno krzyczy.
— A wy co, nie widzicie? — rzucił retoryczne pytanie.
Pielęgniarka leniwie machnęła ręką w stronę korytarza.
— Izba przyjęć tam — powiedziała obojętnie. — Tam się zgłaszajcie.
Artemowi zadrżał gniew. Ostro położył staruszkę na rzędzie krzeseł i zaczął wytykać pielęgniarce.
— Nie ma czasu! — krzyknął. — Ona umiera!Pielęgniarka zażądała dokumentów od pacjentki. Artem gorączkowo zaczął przeszukiwać kieszenie jej fartucha.
— Nic nie ma — powiedział, podnosząc głowę. — Ani dokumentów, ani polisy.
Pielęgniarka wzruszyła ramionami.
— Bez nich nie możemy jej przyjąć. Są zasady, są zasady.
Artem, zaciskając pięści, zażądał, by wezwano naczelnego lekarza. Pielęgniarka, rzucając na niego pogardliwe spojrzenie, zniknęła za drzwiami.
Kilka minut później wróciła z niewysokim, nieco pulchnym mężczyzną w białym fartuchu. Z pewnością był to naczelny lekarz. Jego małe, czarne oczka szybko oceniły Artema i staruszkę, a wargi, otoczone rzadką brodą, wykrzywiły się w grymasie odrazy.
— Co za hałas? — zapytał, trzymając się na dystans.
Artem krótko wyjaśnił sytuację.
— Pielęgniarka zrobiła wszystko dobrze — powiedział zimnym tonem naczelny lekarz. — Bezdomnych nie przyjmujemy.
Artem rzucił się do niego i chwycił go za kołnierz fartucha.
— A bezdomni to nie ludzie, tak? — syknął, plując słowami.
Naczelny lekarz przestraszył się, cofnął i wyrwał się z jego rąk.
— Nic nie wiem! — krzyknął. — Wynoście się stąd, albo wezwę policję!
Poprawiając zgnieciony fartuch, odwrócił się i ruszył w stronę schodów. Pielęgniarka poszła za nim.
Artem znowu podniósł staruszkę na ręce, a ona słabo wyszeptała:
— Przestań się mną zajmować… Niewiele mi zostało.
— Nie marnuj sił — odpowiedział, a potem wyniósł ją ze szpitala. Siedząc w samochodzie, gorączkowo zastanawiał się, co robić dalej. Nagle do głowy przyszła mu genialna myśl. Uśmiechnął się, zapalił silnik i ruszył w stronę ulicy.
Zatrzymując samochód przed prywatną kliniką, Artem wszedł do środka, niosąc staruszkę na rękach. Tym razem nie musiał długo czekać: młoda pielęgniarka powitała go uśmiechem na wejściu.
Szybko załatwiła dokumenty, a potem wezwała dwóch sanitariuszy, którzy zabrali pacjentkę na noszach.
— Będzie dziesięć tysięcy — uśmiechnęła się pielęgniarka.
Artem wyjął kartę bankową, na której jeszcze wczoraj była jego pensja. Teraz jedna trzecia z niej szła na opłatę.
Artem zmęczony opadł na krzesło, by odpocząć. Pielęgniarka zaproponowała mu kawę.
— Nie odmówię — westchnął.