Naprawdę uważasz, że powinnam prosić twoją mamę

— Kostia powiedział, że wybieracie się gdzieś polecieć? A co z działką? Przecież planowałam, że pomożecie mi zebrać truskawki!

— Rozumiem pani oczekiwania, ale w tym roku będzie pani musiała zrobić to sama albo poprosić o pomoc córkę Saszy.— Sasza nie może. Pracuje jako wizażystka. Wyobrażasz sobie, jakie będzie miała paznokcie po zbieraniu owoców?

Julia bardzo kochała swojego męża Kostę, ale i teściowa bardzo kochała Kostę — do tego stopnia, że uważała się za uprawnioną do udziału we wszystkich zmianach w życiu syna. Zdania synowej nie traktowała poważnie: cokolwiek Julia powiedziała, obracało się to w żart lub było kwitowane złośliwymi komentarzami.

Przed poznaniem Julii Kosta w ogóle nie wiedział, co to jest kulturalny wypoczynek — teatry, kino, opera czy koncerty. Wszystko to było obce i jemu, i jego rodzicom. W mieszkaniu teściów zawsze panowała senna atmosfera: mieszkali na trzecim piętrze w zagłębieniu, okna były szczelnie zasłonięte ciężkimi zasłonami, a całe wnętrze utrzymane w ciemnych barwach. Wystarczyło wejść do środka, by natychmiast chciało się spać.

Julia za to lubiła dużo światła i przestrzeni. Dlatego, kiedy po ślubie stanęła kwestia wyboru mieszkania, Anna Grigoriewna oczywiście próbowała wtrącić swoje zdanie. Dla niej idealny wariant to drugie piętro, okna na północ, grube zasłony, żeby słońce nie świeciło.

Ale Julia od razu jasno powiedziała teściowej: oni z Kostą oboje wkładają pieniądze i nie zamierzają brać pod uwagę cudzych gustów. Ostatecznie wybrali przestronne, słoneczne mieszkanie z dużym balkonem — dokładnie takie, o jakim marzyła Julia.

Naturalnie teściowa była tym wyborem niezadowolona.

I oto po dwóch latach pojawiła się możliwość wyjazdu na wakacje. Julia wybrała ciepłe wybrzeże, przytulny hotel nad morzem i już zaczęła kompletować letnie stroje, gdy przy kolacji Kosta nagle powiedział:

— Trzeba by mamie powiedzieć.

— Powiedzieć — czy zapytać? — dopytała Julia, odkładając widelec.

Kosta się zmieszał:

— No… zapytać chyba.

Julia powoli uniosła wzrok.

— Naprawdę uważasz, że powinnam prosić twoją mamę o pozwolenie, żeby pojechać na urlop?

Kosta podrapał się po karku, wyraźnie zaskoczony taką reakcją.

— Po prostu… obrazi się, jeśli nie powiemy jej wcześniej.— Kosta, jesteśmy dorosłymi ludźmi. Sami zarabiamy. To nasz urlop, nasze pieniądze i nasza decyzja. Nie mam nic przeciwko, żeby opowiedzieć, ale na pewno nie będę nikogo prosić o zgodę jak uczennica u wychowawczyni.

On prychnął, ale nic nie odpowiedział. A wieczorem zadzwoniła Anna Grigoriewna:

— Kostia powiedział, że wybieracie się gdzieś polecieć? A co z działką? Przecież planowałam, że pomożecie mi zebrać truskawki!

Julia głęboko odetchnęła, wzięła telefon i spokojnie odpowiedziała:

— Rozumiem pani oczekiwania, ale w tym roku będzie pani musiała zrobić to sama albo poprosić o pomoc córkę Saszy.

— Sasza nie może. Pracuje jako wizażystka. Wyobrażasz sobie, jakie będzie miała paznokcie po zbieraniu owoców?

Julia się uśmiechnęła.

— A ja niby mam dokumenty pisać takimi rękami?

— Kto tam widzi twoje ręce w księgowości? Przypominają sobie o tobie dwa razy w miesiącu, gdy wypłata i zaliczka. Nie wyolbrzymiaj swojej roli.

— To i pani nie wyolbrzymiaj swojej. Pojedziemy na urlop wtedy, kiedy zaplanowaliśmy. A truskawkami proszę się zająć sama, skoro nie potrafi pani normalnie rozmawiać.

Julia odłożyła słuchawkę, a Kosta zerknął na żonę kątem oka. Był wyraźnie niezadowolony z tonu żony, ale nic nie powiedział. Doskonale znał charakter swojej matki.

Teściowa, oczywiście, nie uspokoiła się na tym. Już następnego dnia wyciągnęła od syna wszystkie szczegóły: dokąd lecą, na ile dni, w jakim hotelu będą mieszkać, a nawet godzinę wylotu.

I oto, kiedy Julia i Kosta siedzieli już na lotnisku czekając na boarding, zadzwonił telefon. Na ekranie pojawiło się imię Anny Grigoriewny. Kosta westchnął i odebrał.

— Kostieńka… — głos matki był żałosny, wręcz lekko drżący. — Coś mi niedobrze… Serce kłuje… nogi jak z waty… kręci mi się w głowie… — robiła pauzy, wyraźnie wymyślając nowe objawy na bieżąco. — Może mam udar? Albo zawał?..

Kosta słuchał i blednął z każdym jej słowem. Julia zauważyła jego wyraz twarzy, podeszła i przysłuchała się rozmowie. To, co usłyszała, przypominało dramatyczne czytanie z podziałem na role.

— Daj tu — Julia bez ostrzeżenia wzięła od męża telefon. — Anna Grigoriewna, jesteśmy na lotnisku i wyjazdu nie odwołamy.

— No, no, leć sobie, gdzie chcesz — od razu zmieniła ton teściowa. — Ale mój syn nigdzie nie poleci. To niebezpieczne. Kostik zostanie ze mną.

Kosta mrugnął, jakby dopiero teraz zrozumiał, czego od niego oczekują. Julia tymczasem rozłączyła się i odwróciła do męża:

— No? Le cis czy teraz pakujesz rzeczy i jedziesz do mamy-manipulatorki?

Zacisnął usta, odwrócił wzrok, ale po chwili odpowiedział:

— Lecę… Lecę! Myślisz, że mnie to nie zmęczyło?

— Myślę, że zmęczyło. Ale mógłbyś chociaż czasem odpowiedzieć swojej mamie, żeby się tak nie rozzuchwalała?

— Uważaj na słowa — poprawił ją Kostia.

— Okej. I twoja mama też niech uważa na słowa. Bo jesteśmy w małżeństwie dopiero dwa lata, a ja już się nasłuchałam o sobie wszystkiego.

Całą drogę do wejścia na pokład Kostia wyglądał tak, jakby prowadzono go na egzamin bez przygotowania. Już w samolocie, zapinając pas, powiedział:

— A jednak jestem okropnym synem.

— Jesteś normalnym synem — pokręciła głową Julia. — Anna Grigoriewna ma męża, ma córkę. Nie jest sama. I uwierz, gdyby naprawdę działo się coś poważnego, dowiedzielibyśmy się o tym od pogotowia, a nie z jej teatralnych występów.

Po przylocie Kostia, ledwo walizki wyjechały na taśmę, zadzwonił do matki. Ta, tomnym głosem, oznajmiła:

— No… jeszcze żyję, ale ledwo… Dziękuję, że przynajmniej pamiętałeś o matce.Julia, przewracając oczami, gestem pokazała mężowi: „Zadzwoń po karetkę, niech przyjadą i zrobią jej zastrzyk”.

Kostia przekazał. Po drugiej stronie natychmiast rozległo się rześko:

— Oj, nie, nie, już mi dużo lepiej. Pewnie to pogoda. Nie trzeba nikogo wzywać.

Julia tylko się uśmiechnęła: przedstawienie skończone, kurtyna opadła, widzowie rozchodzą się do domów. Od pierwszego dnia postanowiła: żadnej zbędnej bieganiny, żadnych obowiązkowych wycieczek, żadnych „musimy”.

Jej plan był prosty i wspaniały — odpoczynek jak u foki. Leżeć na leżaku, wdychać słone morskie powietrze, wygrzewać się w słońcu, chłonąć ciepło aż po kości, od czasu do czasu leniwie dopłynąć do boi i z powrotem. Popijać to wszystko kolorowymi koktajlami i zajadać się tropikalnymi owocami bez ograniczeń. Mango, marakuja, papaja — wszystko, co w domu kosztowało majątek, tu było pod dostatkiem i tak pyszne, że palce lizać!

Kostia też lubił owoce, ale, tak jak w przypadku samego odpoczynku, wstydził się przyznać, że sprawia mu to ogromną radość. Zwłaszcza — przyznać to swojej matce. Pewnego razu nawet zdenerwowany powiedział Julii, że jeśli mama zapyta, co zwiedziliśmy, a my odpowiemy — nic, tylko jedliśmy i spaliśmy.

— To tak właśnie powiemy! — prychnęła Julia. — I co w tym złego? Przestań się dręczyć poczuciem winy. Zarobiłeś na ten urlop i teraz możesz odpoczywać, jak ci się podoba…

Jednak Kostia, nawet leżąc na plaży, potrafił trzymać telefon w zasięgu ręki. Każde powiadomienie sprawiało, że podskakiwał, jakby mama mogła w każdej chwili zjawić się na miejscu z kontrolą.

Julia w końcu nie wytrzymała:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to top button

Adblock Detected

Please consider supporting us by disabling your ad blocker