Mąż wynajął opiekunkę dla umierającej żony
Rusłan siedział naprzeciw starszej kobiety, wpatrując się w jej twarz, jakby szukał w niej wskazówki lub usprawiedliwienia dla swoich działań. Ale w oczach tej kobiety widział jedynie milczące, spokojne badanie — spojrzenie człowieka, który przeżył życie nie bez goryczy, ale z godnością. I w tym momencie Rusłan poczuł, że traci wątek rozmowy. Po co w ogóle to wszystko zaczął? Dlaczego wybrał akurat ją?
— Rozumie pani — zaczął ponownie, starając się dodać sobie pewności — muszę wyjechać. A moja żona… potrzebuje opieki. Pytałem ludzi, szukałem… czy jest ktoś odpowiedni.
Staruszka prychnęła — krótko, niemal niesłyszalnie, ale to wystarczyło, by Rusłan się zająknął.
— To… coś nielegalnego?
— Nie! Oczywiście, że nie! — zapewnił gorączkowo, niemal wymachując rękami ze zdenerwowania. — Po prostu moja żona zawsze pracowała jak wół, jak prawdziwy pociągowy koń. Praktycznie nigdy nie było jej w domu.
I najwyraźniej coś w niej pękło… Lekarze mówią, że zostało jej niewiele czasu.
Zamilkł na chwilę, zbierając myśli, jakby każde słowo przychodziło mu z trudem. Choć w rzeczywistości czuł ulgę. Jakby zrzucał z siebie ciężar.
— A ja przecież też jestem człowiekiem. Tyle lat z tym… z taką pracoholiczką. Chciałbym odpocząć. Oderwać się. A jeśli umrze, kiedy mnie nie będzie… — Rozłożył ręce, jakby prosił o zrozumienie. — Niech się pani nie martwi, wszystko wyjaśnię, pokażę, jak się nią opiekować. Będzie pani wiedzieć wszystko, co trzeba.
— Czyli jest pan już gotów? — zapytała kobieta, uważnie mu się przyglądając.
— Gotów — skinął głową Rusłan, a w kąciku jego ust pojawił się zadowolony uśmiech. — Byłoby dobrze, gdyby dom był już przygotowany na pani obecność…
Nie dokończył na głos, ale ten uśmiech mówił wiele. O wolności, na którą tak długo czekał. O planach, w których nie było miejsca dla chorej żony.
— Proszę nie myśleć nic złego! — dodał pospiesznie, widząc wyraz jej twarzy. — Zapłacę pani więcej, niż jakakolwiek inna opiekunka dostaje. Doskonale rozumiem — potrzebne są pani pieniądze. Według moich informacji lekarze mówią, że zostało jej nie więcej niż dwa tygodnie. No, maksymalnie miesiąc. A ja wrócę za dwa, trzy tygodnie.Sofija Andriejewna odprowadziła go wzrokiem, gdy wychodził z mieszkania. Widziała, jak wsiadł do swojego zagranicznego samochodu i odjechał. „Pewnie do kochanki — pomyślała. — Młodość, młodość…”
Choć w jej sercu nie było potępienia, pojawiła się myśl: „Mógłby chociaż poczekać, aż żona umrze. Czy naprawdę tak bardzo mu się śpieszy?”
Ale co ją to obchodziło? Pieniądze rzeczywiście były potrzebne. Zwłaszcza po tym, jak wyszła na wolność. Po wszystkim, co się wydarzyło. Po więzieniu.
Córka nawet nie wiedziała, że Sofija już wyszła. Nie pisała do niej, nie dzwoniła. Córka była jeszcze młoda, miała swoje życie, wnuczka — nauka, kariera. Po co im to wszystko? Żeby wszyscy szeptali: „O, babcia-zakładniczka, wyszła z kolonii karnej…” Reputacja i tak już była zszargana.
Sofija nawet przestała odpisywać na listy. Odmówiła widzeń. A raz napisała do córki dziwny, chłodny list: prosiła, by nie przyjeżdżała, niczego nie przysyłała. Oskarżyła ją o to, że wybrała takiego męża, i że przez niego Sofija trafiła do więzienia.
W rzeczywistości oczywiście tak nie myślała. Ale wiedziała: lepiej, żeby córka się obraziła, popłakała, ale zapomniała. Niech żyje dalej, nie ciągnąc za sobą cienia przeszłości.
Sofija Andriejewna została skazana za otrucie swojego zięcia. Na rozprawie zapytano ją, czy żałuje. A ona odpowiedziała po prostu:
— Gdybym mogła — zatrułabym go jeszcze raz.Te słowa trafiły do protokołu. A krewni zięcia, usłyszawszy je, zrobili wszystko, by sąd wymierzył jej maksymalny wymiar kary.
Tymczasem Łarysa leżała w swoim pokoju, wsłuchując się w głosy dochodzące zza ściany. Ktoś przyszedł, rozmawiali z Rusłanem. Potem zadzwonił dzwonek do drzwi i głosów było więcej. Chciała wstać, wyjść, zobaczyć, kto to. Ale nie miała siły. Wcale. Zresztą już wcześniej nie miała jej za wiele. Dziś Rusłan zapomniał przynieść jedzenie — ani śniadania, ani obiadu.
Leżała już od ponad trzech miesięcy. Lekarze tylko wzruszali ramionami. Mówili, że organizm się zmęczył, że po prostu przestał chcieć działać jak dawniej. Bez konkretnej diagnozy, bez wyraźnego leczenia. Tylko ogólne zalecenia: witaminy, zdrowe odżywianie, pozytywne emocje — i tym podobne.
Rusłan był niezadowolony. Łarysa pamiętała ten dzień, kiedy miał jechać na narty z przyjaciółmi, a ona nagle się położyła.
— Rusiu, nie przejmuj się — próbowała go uspokoić. — Zdarza się, trochę się rozchorowałam. Pojedziesz następnym razem.
— A ja nie chcę następnym razem! Chcę teraz!
— Ale wtedy mogą być potrzebne pieniądze na leczenie… Teraz nie mogę ich wydawać.
— Chcesz powiedzieć, że mam pracować, żeby potem wszystko wydać na ciebie?
— Ale przecież wiesz, że zawsze pracowałam, zawsze coś odkładałam…
— Ty? Przez siedem lat pracowałaś może z rok i to w różnych miejscach.
— Bo nie mogę pracować tam, gdzie mnie nie doceniają!
— No cóż, wygląda na to, że nigdzie cię nie doceniali…
Wyszedł, trzaskając drzwiami. A Łarysa tysiąc razy żałowała, że powiedziała te słowa. Dlaczego go uraziła?
Wrócił dopiero następnego dnia. Łarysa nie zadawała pytań — wtedy jeszcze mogła się poruszać po domu. Ale teraz wszystko było inaczej.
Drzwi pokoju zaskrzypiały. W progu stała kobieta. Siwe włosy, spokojne oczy, schludne ubranie.
— Dzień dobry, Łaryso.— Dzień dobry… A pani to kto?
Głos Łarysy był słaby, niemal szeptem. Chciała zabrzmieć surowo, ale nie potrafiła.
— Jestem pani opiekunką. Pani mąż mnie zatrudnił…
Łarysa zamknęła oczy, a potem otworzyła je ponownie.
— A on sam gdzie jest?
Kobieta wzruszyła ramionami:
— Wyjechał.
Łarysa nie pytała już więcej. I tak wiedziała. Czeka. Czeka, aż umrze. I wtedy będzie wolny. Wolny dla nowego życia, nowej kobiety, nowego szczęścia.
Sofija Andriejewna usiadła obok. W jej oczach nie było tylko zawodowego dystansu — świeciła jakaś głęboka, wewnętrzna siła.
— Nazywam się Sofija Andriejewna. Zaraz zrobię ci herbatę, a potem nakarmię.
Łarysa uśmiechnęła się z lekką goryczą:
— A on pozwolił ci mnie karmić? Może chce, żebym szybciej umarła?
— Zatrudnił mnie jako opiekunkę. I tyle. Bez żadnych warunków.
Kobieta wyszła, a Łarysa została leżeć, patrząc w sufit. Łzy cisnęły się do oczu, ale powstrzymywała je. Tylko nie płakać. Tylko nie pokazywać słabości.
Rusłan zawsze był dziwny. Chciał pracować tylko tam, gdzie będzie ceniony i szanowany. Łarysa podchodziła do tego z pobłażaniem. Przecież to ona utrzymywała rodzinę. Miała dwa zakłady krawieckie, pracowała bez przerwy, nadążała ze wszystkim. Gdy dziewczyny chorowały, zastępowała je. Nie narzekała. Nie kłóciła się. Po prostu działała.
Mieszkanie kupowali za jej pieniądze. Oszczędności rosły, bo Łarysa myślała: „Muszę zarobić więcej, zanim zajdę w ciążę”. Ale ciąża nie nadchodziła. I wtedy zaczęła zauważać, że Rusłan coraz częściej znika. Że wieczorami nie ma go w domu. Że mówi o delegacjach, spotkaniach, znajomych.
A gdy znalazła się w łóżku, a on przestał nawet udawać — zrozumiała: to nie było tylko wrażenie. To była rzeczywistość. Po prostu zbyt długo nie chciała widzieć prawdy.
— Pomogę ci usiąść — powiedziała łagodnie Sofija Andriejewna, wchodząc z powrotem z kubkiem herbaty. — Przepraszam, że na „ty”.