„Już dawno nie czułem czegoś takiego!”
„Już dawno nie czułem czegoś takiego!” – powiedział 80-letni milioner swojej nowej pielęgniarce. A w nocy rozkazał jej, żeby TO ZROBIŁA Nikt nie chciał pracować u Pawła Zorina – starszego milionera, którego od dawna nazywano „człowiekiem z brązu”. Miał silną budowę ciała, szorstki sposób bycia, a zewnętrznie prawie wcale się nie zmienił od czasów, gdy miał 60 lat. Chodził tylko wolniej, o kulach, a w jego domu panowała ciężka cisza – jak przed burzą.
Zatrudnił ponad 20 pielęgniarek. Niektóre uciekały płacząc, inne z histerią. „Boję się tych pielęgniarek bardziej niż śmierci” – powtarzał pielęgniarkom, po czym wybuchał chrapliwym śmiechem.
Anna nie trafiła do niego z dobrego losu. Po rozwodzie i śmierci syna przez lata starała się po prostu przeżyć: najpierw sprzątając, potem pracując w szpitalu, a w końcu trafiła na to stanowisko.
Pensja była dobra. Ale każdy krok był jak chodzenie po polu minowym. Zorin czepiał się wszystkiego: „Dlaczego trzaska drzwiami?”, „Owsianka jest zimna!”, „Wąchasz moje leki?”Anna nie broniła się. Po prostu wykonywała swoją pracę. Cicho, skromnie, ludzko. Gotowała zupę, myła podłogę, wieczorami czytała mu Czechowa. Czasami Pasternaka. A on cicho słuchał.
Minęły dwa tygodnie. Pewnego wieczoru, kiedy przykrywała go kocem, Zorin niespodziewanie bardzo cicho powiedział:
— Od dawna nie czułem czegoś takiego. — Co dokładnie masz na myśli? – zapytała zaskoczona Anna. Zorin spojrzał na nią, jakby widział ją po raz pierwszy: — Że ktoś się o mnie troszczy… nie dlatego, że musi, ale dlatego, że wie, jak to zrobić.
Anna nie odpowiedziała. On odwrócił się w stronę okna.
Tego samego wieczoru nacisnął przycisk do wezwania. Anna pobiegła do niego – jej serce ścisnęło się: tylko nie…
Ale Zorin leżał spokojnie. Jego oczy były otwarte. — Anna… zrób to – powiedział ledwie słyszalnym głosem. – Po prostu… usiądź tu obok mnie. I… trzymaj mnie za rękę. Całą noc. Nie chcę umrzeć sam.
Anna usiadła. Wzięła jego rękę – była ciepła, szorstka. I została tam. Aż do rana.
O świcie zmarł. Cicho. Bez bólu. Nie samotnie.
Na pogrzebie było tylko pięć osób. Rodzina – żadnej. Tylko prawnik, kierowca i kilku dawnych współpracowników.
Tydzień później otrzymała telefon od notariusza. — Zorin zapisał Pani swój dom. I list.
„Dla tej, która nauczyła mnie znowu czuć. Dziękuję, Anna. — P. Zorin”Minęły trzy miesiące.
Dom był stary, z grubymi ścianami i półkami na książki sięgającymi aż po sufit. Anna niczego nie zmieniła. Tylko posadziła kwiaty na parapecie.
Pewnego popołudnia ktoś zapukał do drzwi. W drzwiach stał szczupły chłopak w okularach. — Pani Anna? Nazywam się Ljosa… jestem wnukiem Pawła Nikołajewicza.
Anna zamarła. — Miał wnuka?
— Moja mama była jego nieślubną córką. Nie uznał nas. Dopiero z listu dowiedziałem się, że istniał. Proszę. – Przekazał jej kopertę.
W kopercie znajdowała się krótka wiadomość:
„Dla Ljosy. Nie byłem dobrym człowiekiem. Ale na końcu był ktoś, kto mnie kochał. Znajdź ją. Ona cię tego nauczy. Nie bój się żyć. — Dziadek”
Anna opuściła list. Serce ścisnęło się w niej. — Wejdź, Ljosa. Mam jeszcze trochę świeżego pasztetu. Twój dziadek go uwielbiał.