— Gdzie są klucze do twojego domu letniskowego?
— Gdzie są klucze do twojego domu letniskowego? Tam zamieszka moja matka — oznajmił konkubent.
Olga Siergiejewna poprawiła obrus i ogarnęła wzrokiem stół. Jubileusz. Równa liczba — pięćdziesiąt pięć. Wazon z goździkami, ciepła sałatka, śledź pod pierzynką, jej firmowe roladki z bakłażanów. Na kuchence pyrkotał barszcz, od którego Timur się krzywił — twierdził, że bez mięsa to „nie jedzenie”, choć mięso w nim było.Czekała jak uczennica na dzwonek do drzwi i na to samo „cudo”, o którym on wspominał dwa tygodnie wcześniej: „Będzie prezent, zapamiętasz na długo”. Jeśli to pierścionek — to wreszcie nie będzie już tylko „konkubiną”. Nie potrzebowała kartki z życzeniami, potrzebowała statusu. Po głośnym rozwodzie dziesięć lat temu zbyt dobrze zrozumiała, że „żona nieformalna” na żadnym dokumencie to nikt.
Na operację cię nie wpuszczą, w spadku — ostatnia w kolejce, słowo — nie decydujące. A ona nie miała już dwudziestu pięciu lat. Nie pragnęła romantyzmu, tylko spokoju, prawa, swojego miejsca obok człowieka, który nazwie ją żoną, a nie „Olga
Siergiejewna, z którą mieszkam”.
Dzwonek. W progu stanął Artiom z Niką, w rękach pudełka i kwiaty.
— Mamusiu, wszystkiego najlepszego — Artiom objął ją szybko i mocno. Wysoki, trzydzieści dwa lata, inżynier-serwisant w zakładzie sprzętu medycznego. Przepracował siedem lat bez narzekań i skarg, jak jego ojciec w najlepszych latach. — Nika powiedziała, że bez tartaletek nie ma święta.
— Bez tartaletek nie ma święta — uśmiechnęła się Nika, zdejmując buty. Dziewczyna zgrabna, dwadzieścia sześć lat, nauczycielka klas początkowych, od dwóch lat mężatka. W szpilkach biegała równie sprawnie jak dzieci na przerwie. — Olgo
Siergiejewno, gdzie miski, ja szybko rozłożę. I czajnik nastawię, dobrze?
— No, dziękuję… na półce po prawej.
Nika już zawiązała fartuszek, sprawnie pokroiła zieleninę, podgrzała kurczaka, podała chleb, sprawdziła świece. Robiła to nie na pokaz — było widać, że naprawdę chce odciążyć teściową.
— Artiom — powiedziała Olga — jak tam w pracy? Nie przepracowujesz się?
— Przecież u nas w kraju oszczędności — machnął ręką. — Śpimy na maszynach. Nie martw się. O, Timur, cześć.
Timur wyszedł z pokoju, gdzie siedział z telefonem. Czterdzieści lat, szczupły, modna fryzura, kolczyk-kółko w uchu, nowe sneakersy. Zawsze siedział „z boku”: niby mężczyzna „gospodarz”, w kuchni nie jego rola, w salonie — rola „głowy”. W praktyce — grał w telefonie i komentował cudze ruchy.
— No, wy jak zawsze ze swoim szkolnym jedzeniem — skinął na sałatki. — Olgo, nie krzątaj się. Podamy — potem posprzątasz. Jestem głodny.
— Timur, pomóż chociaż talerze wynieść — łagodnie powiedziała Nika.
— U nas tu podział pracy — zaśmiał się sztucznie. — Ja, że tak powiem, witam gości.
Olga chciała się uśmiechnąć, ale jej wzrok zatrzymał się na drzwiach wejściowych: w progu, nie zdejmując butów, stanęła Diana Abramowna. W kraciastym płaszczu, z jaskrawą szminką, z firmową „siatką” ze sklepu gospodarczego, jak z medalami. Była fryzjerka, dziś emerytka, dumna z tego, że „zawsze ma zajęcie”. Przyszła na jubileusz do „konkubiny” syna jak na kontrolę — nie mogło być tak, żeby „transakcja stulecia” odbyła się bez niej.
— A oto i ja — obrzuciła wszystkich spojrzeniem, oceniła stół, skrzywiła się na goździki. — Wszystkiego najlepszego, Oleczka. Nie mogłam nie przyjść. Trzeba wspierać mojego chłopca w takim dniu.
— Dziękuję, proszę wejść.
Przy stole było gwarno. Artiom żartował, zaczepiając żonę ostrożnie, na tyle, by ją rozśmieszyć, a nie urazić.
— Nika, nie przesadzaj — skinął na tartaletki. — To ci potem do lipca odpracowywać na apelu.
— Na jakim apelu? — nie zrozumiała Diana.
— W szkole. Nadprogramowe kalorie, nadprogramowe przysiady — odpowiedział i puścił oczko. Nika parsknęła:
— To przestań podsuwać mi pod rękę ten „majonezowy zamek”.
— Jesteście u nas parą — powiedziała Olga, patrząc na nich z ciepłem.
Timur pozostawał nieco z boku, jak reżyser, który zaraz ogłosi kulminację. Postukiwał widelcem o szklankę.
— A więc — wstał, przybierając poważny ton — nadszedł czas prezentu.
Olga nie mrugała. W głowie — krótki film: on wyciąga aksamitne pudełeczko, żartem zdejmuje proste kółko z breloczka do kluczy, klęka na jedno kolano… Nawet nie usłyszała, jak obok Artiom cicho powiedział do Niki: „Trzymaj mamę, jeśli co”. Nie wierzył w Timura, to było widać, ale dla matki miał nadzieję na cud. Choć w cuda dorośli mężczyźni wierzą rzadko.Timur, przeciągając pauzę, wyciągnął z torby bezkształtny pakunek. Sukienka. Z szaro-oliwkowym połyskiem, gruby „oddychający” splot, golf-komin, opuszczone ramię, długość do połowy łydki, fason — „żeby zakryć”. Na metce wisiała tłusta naklejka „Zniżka 70%”.
— Długo wybieraliśmy — przytaknęła Diana Abramowna. — Zobacz, jaki kolor — praktyczny. Jak kapnie plama — nie widać. I tkanina — wiskoza, nie jakaś tam syntetyka — bezwstydnie przejechała dłonią po materiale, potem zerknęła na cenę: — I najważniejsze — korzystnie.
Po „złotej karcie” tylko dwa tysiące dziewięćset dziewięćdziesiąt. To ja, między nami mówiąc, wywalczyłam. Sklep „Lady-Komfort”. Tam akurat na wasz wiek.
Nika zamarła. Artiom wziął kieliszek i na sekundę zasłonił nim twarz. Olga pobladła. Jej pierścionek zniknął, jak miraż. Widziała przed sobą wiotką tkaninę, odciętą linię talii i słowo „wiek”. Jakby obca ręka popychała ją do odpowiedzi:
— Dziękuję. Bardzo… praktyczna rzecz.
— Można było weselej podziękować — od razu odezwała się Diana. — Nie codziennie mężczyźni takie prezenty dają. Timur, powiedz coś.
— Olga, nie psuj nastroju — krzywo się uśmiechnął Timur. — Starałem się przecież.
Artiom podniósł oczy na matkę.
— Mamo, podaj deser — powiedział szybko, jakby odcinając scenę.
Kiedy goście się rozeszli, Olga starannie powiesiła sukienkę do szafy — z cudzym nawykiem do porządku. Timur nie wytrzymał.
— Jesteś niewdzięczna. Mogłaś chociaż przymierzyć. Normalne kobiety od takich rzeczy rzucają się facetowi na szyję.
— Liczyłam na oświadczyny — odpowiedziała spokojnie. — Sam mówiłeś: „zapamiętasz na długo”.
— Co mnie obchodzą jakieś stemple? — rzucił. — Przecież żyjemy. Mnie wszystko pasuje. I tobie powinno. Stempel to kolejka w USC i podział przy rozwodzie. Chcesz potem dzielić talerze? Ja nie chcę. Poza tym moja była do dziś dręczy mi głowę. Nie pójdę pod cudze sądy.
— Wygodnie — powiedziała Olga. — Wszystko z korzyścią.
— Nie zaczynaj.
Ona nie zaczynała. Ona zapamiętywała.
Miesiąc później w zakładzie Artioma zaczęły się „optymalizacje”. Dział zmniejszono o połowę, jego przeniesiono na pół etatu. Opóźnienia w wypłatach, premie obcięto, dorabianie zakazano. W ich wynajmowanej dwójce stawało się ciasno nie tylko fizycznie, ale i finansowo.
— Mamo, poradzimy sobie — mówił, ale spojrzenie zdradzało arytmetykę. — Nika daje radę, dorabia w kółku, ale to grosze.
Olga otworzyła aplikację, przelała mu sporą sumę. Zrobiła to w nocy, gotówką zasiliła kartę i poprosiła syna o milczenie: Timur zabierał jej raporty wydatków pod pretekstem „wspólnie planujemy budżet”, a każdy przelew w stronę syna zamieniał się w wykład.
Timur i tak coś wyczuł.
— Powiedziałem: dorosłemu facetowi pomagać nie trzeba — oznajmił rano. — Niech się rusza. My co — sponsorzy? Mamy własne cele. Samochód chcę kupić w najbliższych miesiącach, pamiętasz? Dla „mamy” trzeba większy, żeby jej było wygodnie. Pieniądze to wspólny kocioł. Nie rozciągaj.
— To moje pieniądze, Timur — uparcie powiedziała. — I mój syn. Sama zdecyduję.
— Mieszkasz ze mną — to znaczy, że decydujemy razem — wyciągnął usta w cienką linię.
Olga skinęła głową i wieczorem znów wypłaciła gotówkę. Przelewy szły „tajną ścieżką”.
Kiedy Artiom oznajmił: „Nika jest w ciąży”, Olga usiadła na krzesło i na sekundę zamknęła oczy. Nie miała odpowiednich słów — było zwykłe szczęście.
— Boże — powiedziała cicho. — Dziękuję. Pomogę we wszystkim, czym będę mogła.
— Gratulacje — rzucił zimno Timur. — Tylko ustalmy od razu: cudze rodziny to nie nasz ciężar. Nie będę się dorzucał do ich wózków i pieluch. Musimy myśleć o sobie. I hałasu w domu też nie chcę.
— To mój wnuk — odpowiedziała Olga. — I to mój dom.
— Dom — to na razie mieszkanie, w którym ja żyję — przypomniał z naciskiem. — Nie zapominaj się.