— Dokąd to się wybierasz?!

— Dokąd to się wybierasz?! Przecież przyjechali do ciebie goście! — zdziwiła się teściowa, ale otrzymała taką odpowiedź, na jaką zasłużyła.

Anna ostrożnie rozsunęła zasłonę i spojrzała przez okno. Znajomy biały „Logan” podjechał pod bramę, a za nim jeszcze dwa samochody. Serce dziewczyny ścisnęło się z irytacji. Znowu.— Sierioża — zawołała męża, który właśnie naprawiał kran w kuchni. — Twoja mama przyjechała. I nie sama.

Siergiej wychylił się zza stołu, wycierając ręce w ręcznik.

— Znowu? Przecież umawialiśmy się, że będzie uprzedzać.

Anna gorzko się uśmiechnęła. Umawiali się… Jakby kiedykolwiek Walentyna Pietrowna dotrzymywała umów, jeśli chodziło o cudze interesy.

Jeszcze pół roku temu wszystko wyglądało inaczej. Teściowa od czasu do czasu dzwoniła w święta, czasem wpadała z wizytą do mieszkania w mieście, ale trzymała się na dystans. Anna nawet myślała, że ta jej niespecjalnie lubi. I to było całkiem do zniesienia — oni żyli swoim życiem, Walentyna Pietrowna swoim.

Wszystko zmieniło się, kiedy zmarła babcia Anny i zostawiła jej w spadku domek letniskowy w malowniczym miejscu nad rzeką. Domek był niewielki, ale przytulny, z werandą porośniętą winoroślą, z jabłoniowym sadem i zadbanymi grządkami. Anna od dziecka spędzała tu lato i bardzo to miejsce kochała.

Nie minął tydzień od załatwienia spraw spadkowych, a Walentyna Pietrowna pojawiła się w progu daczy.

— Postanowiłam odwiedzić syna — oznajmiła, wchodząc do domu bez zaproszenia. — Zobaczyć, jak się urządziliście.

Anna była dobrze wychowaną dziewczyną. Nakryła do stołu, zaparzyła herbatę, wyjęła domowe konfitury. Walentyna Pietrowna była zadowolona.

— Widzisz, potrafisz być gościnna, kiedy chcesz — pochwaliła synową. — Tak właśnie trzeba przyjmować gości.

Następnym razem teściowa przyjechała z siostrą. Potem z sąsiadką z klatki. A później od razu z trzema koleżankami. Za każdym razem twierdziła, że przyjechała odwiedzić syna, a przyjmować i zabawiać gości musiała Anna.

— Aniusiu, kochana — mawiała Walentyna Pietrowna, rozsiadając się w wiklinowym fotelu na werandzie — nie mogłabyś nastawić herbaty? I coś do herbaty. Na pewno masz coś smacznego.

Anna stawiała czajnik, kroiła placek, który upiekła dla siebie i męża, wyjmowała słoiki z dżemem, który sama przygotowała. Goście chwalili poczęstunek, zachwycali się widokiem na rzekę, a Walentyna Pietrowna z godnością kiwała głową, jakby to wszystko było jej zasługą.

— Miejsce mamy tu cudowne — mówiła. — I domek trafił się świetny. Prawda, Aniusiu, że ci się poszczęściło z tym spadkiem?

Po takich wizytach Anna sprzątała naczynia, zmywała filiżanki, zamiatała werandę i myślała o tym, że jej dzień wolny znowu minął nie tak, jak planowała. Zamiast poczytać książkę w hamaku czy wypielić grządki, musiała grać rolę kelnerki dla nieproszonych gości.

Siergiej współczuł żonie, ale nie odważył się na poważniejszy krok.

— No czego ty chcesz? — mówił. — Przecież to mama. A poza tym, są tylko na parę godzin.

— Na parę godzin? — oburzała się Anna. — Przecież wczoraj siedzieli od wpół do jedenastej do siódmej wieczorem! Cały dzień wokół nich biegałam! Podaj, wynieś, przynieś!

— Przesadzasz — machał ręką Siergiej. — No nastawiłaś herbatę, no wyjęłaś coś na stół. To nie taka wielka praca.

Ale Anna wiedziała, jaka to praca. Nakryć stół dla pięciu osób, potem wszystko posprzątać, pozmywać naczynia, przewietrzyć pokoje z dymu papierosowego (koleżanki Walentyny Pietrowny paliły), zebrać i wynieść śmieci. A do tego wysłuchiwać rozmów o tym, jak należy prowadzić gospodarstwo, jakie kwiaty najlepiej sadzić i dlaczego młodzi ludzie teraz są tacy rozpieszczeni.

Najbardziej męczyły rady. Walentyna Pietrowna uwielbiała dawać wskazówki.— Aniusiu, dlaczego masz taki bałagan na stole? Ja zawsze trzymam stół w czystości.

— Aniusiu, czemu nie przycięłaś róż? Już sierpień, czas najwyższy.

— Aniusiu, a nie czas już pomyśleć o dziecku? Sierioża ma przecież trzydzieści lat.

Na ostatnią uwagę Anna zamilkła, choć w środku aż kipiała. Co teściową obchodziły ich plany z mężem? I w ogóle, jakie miała prawo rządzić się w cudzym domu?

Najbardziej nieprzyjemne było jednak to, że Walentyna Pietrowna wyraźnie uważała daczę za coś w rodzaju wspólnej własności. Opowiadała koleżankom, jakie mają cudowne miejsca, jaki przytulny domek, jaki piękny ogród. „U nas”, „nasza dacza”, „nasza działka” — tak mówiła, jakby zapomniała, że dom przypadł Annie w spadku po babci.

I oto dziś historia powtarzała się znowu. Anna od rana planowała wypielić grządki, potem wykąpać się w rzece i poczytać nową książkę. Zamiast tego czekało ją zabawianie teściowej i jej przyjaciółek.

— Może pójdziemy do nich? — zaproponował Siergiej, zapinając koszulę. — Chociaż się przywitamy.

— Idź — odpowiedziała krótko Anna. — Ja jestem zajęta.

Demonstracyjnie wyjęła z szafy kostium kąpielowy i plażowy ręcznik. Na dworze było gorąco, rzeka kusiła chłodem i Anna postanowiła stanowczo, że dziś zrobi to, co zaplanowała.

Głosy na werandzie stawały się coraz głośniejsze. Walentyna Pietrowna coś tłumaczyła koleżankom, a one zachwycone wzdychały. Potem rozległy się kroki i do domu wszedł Siergiej.

— Mama mówi, że zgłodniały w drodze — oznajmił tonem pełnym winy. — Może byś coś przygotowała?

Ale Ania włożyła kostium do plażowej torby i zdecydowanym krokiem skierowała się do wyjścia.

— Dokąd to się wybierasz?! Przecież przyjechali do ciebie goście! — zdziwiła się teściowa, pojawiając się w drzwiach.

Anna zatrzymała się i powoli odwróciła. Walentyna Pietrowna stała z oburzonym wyrazem twarzy, a za jej plecami majaczyły ciekawskie fizjonomie jej towarzyszek.

— Goście? — powtórzyła Anna, a w jej głosie brzmiała stal. — Goście to ci, których się zaprasza. Goście to ci, na których się czeka. Goście to ci, którzy pytają o pozwolenie, zanim przyjdą. A ci, którzy zjawiają się bez uprzedzenia, jak u siebie w domu, i domagają się poczęstunku — to nie goście. To darmozjady.

Walentyna Pietrowna otworzyła usta z oburzenia, ale Anna nie pozwoliła jej się wtrącić.

— Chcecie wiedzieć, dokąd idę? Idę się kąpać. Nad rzekę, obok mojego domu, który dostałam w spadku po babci. A pani, Walentyno Pietrowno, może częstować swoje przyjaciółki czymkolwiek — ale na własny rachunek i własnymi rękami. W sklepie niedaleko jest kiełbasa i ser, tam znajdziecie też chleb i wszystko, czego zapragniecie, a herbata jest w szafce. Nie krępujcie się!

— Jak śmiesz…

— Jak śmiem? — Anna zrobiła krok naprzód, a teściowa instynktownie cofnęła się. — A jak pani śmie przyjeżdżać tu co weekend ze swoimi koleżankami i zamieniać mój dom w darmowy dom wypoczynkowy? Jak pani śmie rozporządzać moim czasem, moimi produktami, moim domem? Jak pani śmie okłamywać swoich znajomych, że to pani dacza?…

Przyjaciółki Walentyny Pietrowny spojrzały po sobie. Jedna z nich zakaszlała z zakłopotaniem.

— Wala, może rzeczywiście przyjechałyśmy nie w porę…

— Ależ co wy! — zaprzeczyła gorąco Walentyna Pietrowna, choć w jej głosie nie było już dawnej pewności. — Przecież jesteśmy rodziną! Ania po prostu się zmęczyła, dlatego mówi głupstwa.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to top button

Adblock Detected

Please consider supporting us by disabling your ad blocker