Ciąg dalszy opowieści
Zimny, listopadowy deszcz ciął ukośnie, gdy Kosa pchnął tylne drzwi restauracji. Złote światło „La Palma Dorada” zostało w środku, zastąpione przez brudny, żółty blask sodowych latarni oświetlających zaplecze. Dziewczynka biegła za nim, dygocząc z zimna.
Na końcu zaułka, przy zardzewiałym kontenerze, stało dwóch mężczyzn. Jeden z nich właśnie wymierzał kopniaka zwiniętej w kłębek na mokrym asfalcie kobiecie. Głuche uderzenie buta o żebra niosło się echem po pustym parkingu.
Kosa zwolnił krok. Woda spływała po jego twarzy, ale on nawet nie mrugnął. Znał tych ludzi. To byli „Banan” i „Szczur” – jego właśni egzekutorzy, pionki od brudnej roboty na dole drabiny pokarmowej miasta.
– Szefie? – Banan zamarł z podniesioną nogą, gdy z mroku wyłoniła się potężna sylwetka Kosy. Zbladł. – Co ty tu robisz? My tylko… odbieramy dług. Jej były mąż wisi nam pięćdziesiąt koła z kasyna. Szmata nie chce powiedzieć, gdzie on się chowa.
Kosa nie patrzył na swoich ludzi. Jego wzrok wbity był w kobietę, która z trudem podnosiła głowę z kałuży. Miała rozbitą wargę, a deszcz zmywał krew z jej policzka. Kiedy na niego spojrzała, czas dla bossa podziemnego świata nagle się zatrzymał.
To była Magda.
Wspomnienia uderzyły w niego z siłą rozpędzonego pociągu towarowego. Dziesięć lat temu, oddział onkologii dziecięcej. Jego sześcioletnia córka, Pola, gasła w sterylnej, białej sali. Kosa był wtedy na drugim końcu kraju, zabezpieczając transport broni, naiwnie wierząc, że kolejne miliony uratują jej życie. Nie zdążył. Kiedy wpadł na oddział, było po wszystkim. Jedyną osobą, która trzymała Polę za rękę, gdy monitor zaczął wyć jednostajnym dźwiękiem, była Magda. Pielęgniarka z nocnej zmiany.
To ona wyszła do niego na korytarz. To ona, z oczami pełnymi łez, wcisnęła mu w dłoń niebieską bransoletkę z muliny – ostatnią rzecz, jaką Pola uplotła na szpitalnym łóżku. „Zrobiła dwie. Jedną dla pana, drugą kazała oddać mojej córce, żeby nie była smutna” – powiedziała wtedy Magda.
Teraz ta sama pielęgniarka, która nie pozwoliła jego dziecku umierać w samotności, leżała w błocie, katowana przez jego własnych ludzi za długi jakiegoś hazardzisty.
– Szefie, wszystko pod kontrolą, zaraz z nią skończymy… – zaczął Szczur, wycierając krew z knykci.
Nie dokończył.
Kosa uderzył bez żadnego ostrzeżenia. Rękojeść Glocka z miażdżącą siłą spadła na szczękę Banana. Rozległ się obrzydliwy trzask łamanej kości, a ważący ponad sto kilogramów bandyta runął na maskę pobliskiego samochodu, plując krwią i zębami. Szczur spróbował się cofnąć, ale Kosa złapał go za gardło, jedną ręką unosząc jego stopy nad ziemię. Przyszpilił go do rdzewiejącego kontenera z taką siłą, że blacha wgięła się do środka.
– Zaraz skończycie? – wyszeptał Kosa prosto w przerażoną twarz dławiącego się egzekutora. Jego głos był lodowaty, a oczy całkowicie martwe. – To wy jesteście skończeni.
Rzucił nim o mokry asfalt. Obaj bandyci leżeli w kałużach, jęcząc z bólu, nie rozumiejąc, dlaczego ich własny boss właśnie ich zmasakrował.
Kosa schował broń. Zignorował ich. Powoli, ciężko opadł na kolana prosto w brudną wodę, nie zważając na swój zniszczony garnitur. Dziewczynka natychmiast podbiegła, rzucając się matce na szyję. Magda objęła ją drżącymi rękami, patrząc na Kosę z mieszaniną przerażenia i niezrozumienia.
Ostrożnie wyciągnął z kieszeni marynarki starą, spłowiałą od lat niebieską bransoletkę. Dokładnie taką samą, jaką na nadgarstku miała dziewczynka.
Oczy Magdy rozszerzyły się. Rozpoznała go. Bezwzględny mafioso był tym samym złamanym ojcem z korytarza szpitalnego.
– Dług jest anulowany – powiedział Kosa chrypliwie, a po jego twarzy spływał deszcz, ukrywając to, co od dziesięciu lat dusił w środku. Zdjął swoją ciepłą, suchą marynarkę i okrył nią drżące ramiona kobiety. – Nikt was już nigdy nie dotknie. Przysięgam na moją córkę.
Spojrzał jeszcze raz na wijących się z bólu na asfalcie ludzi. A potem wziął małą dziewczynkę na ręce, pomógł wstać Magdzie i poprowadził je w stronę swojego pancernego SUV-a, zostawiając fałszywy blask restauracji daleko za sobą. W jego mrocznym, brutalnym imperium, to był pierwszy raz od dekady, kiedy poczuł, że zrobił coś, z czego Pola byłaby dumna.