Ciąg dalszy opowieści
Telefon zadzwonił tak nagle, że omal nie wylałam kubka rozpuszczalnej kawy. Siódma rano! Komu przyszło do głowy dzwonić o takiej porze? Na ekranie pojawił się nieznany numer.
– Słucham? – mruknęłam, przecierając oczy. – Czy rozmawiam z Anną Kowalską? – usłyszałam w słuchawce poważny, oficjalny głos starszego mężczyzny. – Moje nazwisko Janusz Borowski. Jestem notariuszem.
Serce momentalnie podeszło mi do gardła. Notariusz? O tej porze? Pomyślałam o najgorszym – że stało się coś strasznego komuś z moich bliskich. Ale słowa, które padły chwilę później, zmieniły moje życie na zawsze.
– Pani Anno, właśnie otworzyłem testament pani zmarłego wujka, Dionizego. Oficjalnie stała się pani jedyną spadkobierczynią jego majątku. Mówimy o kontach bankowych i nieruchomościach… Właśnie została pani milionerką. Nastąpiła jednak jedna, bardzo dziwna komplikacja. Musi pani natychmiast przyjechać do mojej kancelarii, bo…
W tym momencie połączenie zostało gwałtownie przerwane. Usłyszałam tylko dziwny trzask i głuchy dźwięk, jakby telefon upadł na podłogę. Próbowałam oddzwonić, ale włączała się poczta głosowa. Zaczęłam panikować. Wujek Dionizy był samotnikiem, ekscentrykiem, z którym rodzina nie miała kontaktu od lat. Wszyscy myśleli, że żyje w biedzie na jakiejś podlaskiej wsi. Milioner? Spadek? I co to za „komplikacja”?
Ubrałam się w pięć minut. Do kancelarii notariusza Borowskiego jechałam przez miasto jak w transie. Kiedy dotarłam na miejsce, przed kamienicą stała już policja i karetka pogotowia. Wbiegłam po schodach na pierwsze piętro. Drzwi do biura były otwarte, a w środku panował chaos.
Na krześle, blada jak ściana, siedziała sekretarka. Gdy mnie zobaczyła, starszy aspirant policji podszedł do mnie i zapytał o nazwisko. – Anna Kowalska – wykrztusiłam. – Pan Borowski dzwonił do mnie godzinę temu… Co tu się stało?
Policjant spojrzał na mnie z głębokim współczuciem, ale i z badawczą nieufnością. – Pan Borowski został zaatakowany w swoim gabinecie tuż po tym, jak z panią rozmawiał. Sprawca ukradł tylko jedną rzecz: oryginał testamentu pani wujka. Ale to nie wszystko…
Policjant wprowadził mnie do gabinetu. Na biurku leżała skórzana teczka, a obok niej… stare, pożółkłe zdjęcie z 1995 roku. Spojrzałam na nie i poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Na zdjęciu stał mój wujek Dionizy, trzymając na rękach małą dziewczynkę. Na odwrocie widniał napis: “Dla mojej jedynej, ukochanej córki Anny”.
W tym momencie wszystko zrozumiałam. Człowiek, którego przez całe życie uważałam za swojego ojca, wcale nim nie był. Wujek Dionizy był moim biologicznym ojcem, który ukrywał tę prawdę, by chronić mnie przed ludźmi, którzy teraz – po jego śmierci – zrobiliby wszystko, by odebrać mi to, co moje. Zostałam milionerką, ale cena za tę prawdę właśnie okazała się śmiertelnie wysoka. Wróg był bliżej, niż myślałam.