Ciąg dalszy opowieści
Marek stał jak sparaliżowany. Dziewczyna, która mogła mieć najwyżej 22 lata, kurczowo zacisnęła palce na jego ramieniu. W moich oczach płonął ogień, ale na ustach miałem lodowaty uśmiech.
— To moje mieszkanie sprzed ślubu, kochanie! — powiedziałam ironicznie, powoli poprawiając kwiaty w wazonie. — Zapomniałeś? Akt własności jest tylko na moje nazwisko.
Marek zamiast paść na kolana i błagać o wybaczenie, nagle zmienił wyraz twarzy. Strach zastąpiła czysta nienawiść. — Twoje? — parsknął śmiechem, puszczając rękę kochanki. — Może i papier jest twój, ale to ja spłacałem ostatnie raty kredytu z naszego wspólnego konta, ty naiwna idiotko! Myślałaś, że dlaczego tak chętnie robiłem przelewy? Mam dowody na każdy grosz. Albo się teraz stąd wyniesiesz i oddasz mi klucze, albo zniszczę cię w sądzie tak, że zostaniesz z niczym!
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Czy to możliwe? Czy on planował to od lat? Patrzyłam na człowieka, którego kochałam, a widziałam potwora.
— Wynoś się — szepnęłam. — Nie słyszałaś go? — odezwała się nagle dziewczyna, poprawiając blond włosy. — Marek powiedział, że to teraz nasz dom. On cię już nie kocha, pogódź się z tym.
Wtedy przypomniałam sobie o jednej rzeczy. O małym szczególe, o którym Marek, w swoim zaślepieniu chciwością, kompletnie zapomniał. Podeszłam do szafki w przedpokoju i wyciągnęłam stary, zakurzony dyktafon, który zawsze zostawiałam włączony, gdy wynajmowałam to mieszkanie studentom — nawyk z dawnych lat.
— Marek — powiedziałam spokojnie. — Właśnie przyznałeś się przy świadku do celowego działania na szkodę majątku wspólnego i próby wyłudzenia nieruchomości. A ta pani… cóż, gratuluję jej, bo właśnie nagrałam, jak grozicie mi w moim własnym domu.
Marek rzucił się w moją stronę, ale byłam szybsza. Wykręciłam numer na policję, który miałam już przygotowany w telefonie.
Finał był krótki. Marek stracił wszystko. Moje „wspólne konto”, o którym wspominał? Dzień wcześniej, czując pismo nosem, sprawdziłam wyciągi. Przelewał pieniądze, owszem, ale z konta, na które wpływały moje darowizny od rodziców — co w świetle prawa nie wchodzi w skład majątku wspólnego.
Został z niczym: bez żony, bez mieszkania i z ogromnymi długami u prawników. A ja? Chryzantemy, które kupiłam tego ranka, postawiłam na parapecie. Symbolizują smutek, ale dla mnie stały się symbolem nowego, wolnego życia. Nigdy więcej nie pozwoliłam nikomu wejść do mojego domu bez zaproszenia.