Ciąg dalszy opowieści
Sprzedawczyni, imieniem Marta, trzęsła się z wściekłości. Tłum wokół straganu zaczął buczeć. „Jak możesz tak traktować głodną osobę?” – krzyczał ktoś z tyłu. Marta jednak nie puszczała chudej ręki staruszki.
— „Puszczaj mnie, boli!” — kwiliła staruszka, a łzy żłobiły głębokie bruzdy na jej pomarszczonej twarzy.
Marta nachyliła się nad nią i syknęła: — „Gdzie on jest? Powiedz mi, gdzie go pochowałaś, a dam ci cały ten kram!”
Wtedy zapadła cisza. Staruszka przestała płakać. Wyprostowała się, a jej wzrok stał się zimny i trzeźwy. — „W tym samym miejscu, w którym ty zostawiłaś mnie dwadzieścia lat temu, Mario” — odpowiedziała cicho staruszka.
Ludzie w kolejce zaczęli szeptać. „Maria? Przecież ona ma na imię Marta…”.
Niespodziewany zwrot akcji: Okazało się, że „biedna staruszka” to Anna, dawna właścicielka wielkiej piekarni, która zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach lata temu. Marta nie była przypadkową sprzedawczynią – była jej przyrodnią siostrą, która podstępem przejęła rodzinny majątek, doprowadzając Annę do bezdomności i fałszując dokumenty o jej śmierci.
Anna nie przyszła prosić o chleb z głodu.
Przyszła, bo wiedziała, że tego dnia na targu pojawi się notariusz, który miał sfinalizować sprzedaż ziemi przez Martę.
— „Zlituj się nade mną?” — powtórzyła Anna z gorzkim uśmiechem, wyciągając z brudnej torby pognieciony, ale oryginał testamentu ich ojca, który wszyscy uważali za spalony. — „To ja powinnam się zlitować nad tobą. Bo policja już tu jedzie”.
Marta osunęła się na kolana wśród porozrzucanych bochenków chleba. Tłum, który jeszcze przed chwilą współczuł „staruszce”, teraz patrzył z podziwem na kobietę, która po dwóch dekadach upomniała się o sprawiedliwość. Anna podniosła z ziemi bochenek chleba, ucałowała go i odeszła, nie oglądając się za siebie, zostawiając siostrę w blasku fleszy telefonów gapiów.