Ciąg dalszy opowieści
Mój mąż, Marek, szedł pewnym krokiem, ubrany w garnitur, który rzekomo miał zostać rozcięty przez ratowników medycznych. Nie było na nim ani zadrapania. Obok niego szedł ordynator szpitala oraz kobieta, którą znałam aż za dobrze — moja własna siostra, Edyta.
— „Wszystko gotowe?” — zapytał Marek beznamiętnym głosem, który mroził krew w żyłach. — „Tak, dokumenty czekają. Jeśli ona tu wejdzie i podpisze zgodę na ‘eksperymentalne leczenie’, przejmujemy pełne pełnomocnictwo nad jej majątkiem i kontami. Uprościliśmy procedurę ubezwłasnowolnienia” — odpowiedział lekarz, chowając grubą kopertę do kieszeni fartucha.
Moja siostra uśmiechnęła się podle. — „Biedna głupia z rozpaczy podpisze wszystko, co jej podsuniecie. A potem… cóż, klinika psychiatryczna na drugim końcu kraju już czeka.”
Poczułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg. To nie był wypadek. To była precyzyjnie zaplanowana zasadzka. Mój mąż, człowiek, któremu ufałam bezgranicznie, planował zamknąć mnie w szpitalu, by dobrać się do spadku po moich rodzicach, o którym dowiedział się miesiąc wcześniej.
Pielęgniarka, która mnie uratowała, Anna, ścisnęła moją dłoń. — „Musimy uciekać, zanim nas zobaczą. Mam nagrane ich rozmowy z dyżurki” — szepnęła.
Wybiegłyśmy schodami ewakuacyjnymi. Nie pojechałam na policję w moim mieście — wiedziałam, że Marek ma tam zbyt wielu wpływowych znajomych. Pojechałam prosto do prokuratury okręgowej w innym województwie.
Finał? Marek i Edyta wpadli tydzień później, gdy próbowali sfałszować mój podpis na dokumentach sprzedaży domu. Okazało się, że Anna, pielęgniarka, straciła córkę przez podobne machlojki tego lekarza lata temu i tylko czekała na okazję, by go pogrążyć.
Dziś Marek czeka na proces w areszcie, a ja uczę się żyć na nowo. Najgorsza nie była strata pieniędzy, ale świadomość, że osoba, z którą dzielisz łóżko, może być twoim największym oprawcą.