Ciąg dalszy opowieści
Kobieta spojrzała na ordynatora zapłakanymi oczami i ścisnęła jego dłoń. — To mój mąż, Piotr — powiedziała cichym, łamiącym się głosem. — A to zdjęcie zrobiono w starym szpitalu na prowincji, tuż przed tym, jak… jak odebrano nam naszego pierworodnego syna. Powiedziano nam, że zmarł przy porodzie. Ale ja nigdy w to nie uwierzyłam. Przez czterdzieści lat szukałam prawdy. I to zdjęcie… to jedyne, co mi po nim zostało. Na odwrocie jest nazwisko lekarza, który odbierał poród.
Semen Iwanowicz poczuł, że brakuje mu powietrza. Powoli obrócił zniszczony kawałek papieru. Na odwrocie, wyblakłym już atramentem, widniało jego własne nazwisko oraz nazwa kliniki, w której zaczynał swoją karierę jako młody, zagubiony stażysta.
Przed oczami stanęły mu wydarzenia z tamtej potwornej, burzliwej nocy sprzed czterech dekad. Ówczesny ordynator kliniki, wpływowy i bezwzględny człowiek, zmusił młodego Semena do sfałszowania dokumentacji medycznej. Wpływowe małżeństwo dygnitarzy straciło dziecko, a w tym samym czasie biedna, wiejska dziewczyna urodziła zdrowe, silne niemowlę.
Chłopiec został natychmiast odebrany matce i oddany obcym ludziom, a Semenowi zagrożono, że jeśli piśnie choć słowo, jego kariera — i życie — dobiegną końca. Przerażony chłopak uległ i podpisał akt zgonu żywego dziecka.
Semen Iwanowicz spojrzał przez szybę sali intensywnej terapii na twarz umierającego Piotra, a potem przeniósł wzrok na swoje własne odbicie w oknie. W tym momencie, niczym grom z jasnego nieba, uderzyła go inna, jeszcze straszniejsza myśl. Przyjrzał się rysom twarzy starszego mężczyzny na łóżku, a potem wspomnieniom o ludziach, którzy go wychowali.
Zrobiło mu się słodko i gorzko zarazem.
Przypomniał sobie, że sam został adoptowany przez wpływowe małżeństwo lekarzy, którzy nie mogli mieć dzieci, a jego „ojciec” był tym samym ordynatorem, który zmusił go do tamtego kłamstwa…
Semen Iwanowicz zsunął się po ścianie gabinetu na podłogę. Człowiek, którego życie miał teraz ratować, nie był ojcem obcego, skradzionego dziecka. Ten człowiek był jego rodzonym ojcem. Przeznaczenie zatoczyło potworne, a zarazem mistyczne koło — po czterdziestu latach syn, który został odebrany rodzicom przez własne kłamstwo i strach, stał przed szansą uratowania życia rodzonego ojca.
Ordynator zerwał się na równe nogi. Otarł łzy, spojrzał na zszokowaną kobietę — swoją biologiczną matkę — i powiedział stanowczo: — Proszę czekać tutaj. Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Przeszłości nie cofnę… ale nie pozwolę mu odejść.