Ciąg dalszy opowieści
Mój świat zawalił się w ułamku sekundy. Stałam na ścieżce między grządkami, patrząc to na matkę, której ręce ociekały czerwonym sokiem przypominającym krew, to na mojego męża, który wyglądał, jakby zaraz miał zemdleć. Na ziemi, tuż przy mojej nodze, leżał otwarty paszport. Spojrzałam na zdjęcie.
To był Kostek, ale nazwisko… nazwisko było zupełnie inne. Igor Voronin. Obywatelstwo? Inne. Dokument był fałszywy, ale wyglądał niesamowicie profesjonalnie.
— Mamo, o czym ty mówisz? — wykrztusiłam, czując, jak żołądek podchodzi mi do gardła. — Jaka szklarnia? Jaki Kostia?
Mama podeszła bliżej, ignorując moje pytania. Jej oczy, zawsze pełne ciepła, teraz płonęły furią i głębokim żalem. — Córko, wczoraj rano przyjechałam wcześniej, żeby przygotować skrzynki na owoce. Zauważyłam, że ziemia za starą szklarnią, tam gdzie nikt nie chodzi, jest świeżo przekopana. Myślałam, że może kret, albo że ty chciałaś zrobić mi niespodziankę. Wzięłam łopatę… — mama głos się załamał, a po policzku spłynęła łza, zostawiając brudny ślad. — Wykopałam torbę. Wielką, czarną, wojskową torbę.
Spojrzałam na Kostka. A raczej na człowieka, którego przez trzy lata uważałam za mężnego, kochającego programistę z Warszawy. Faceci z taką profesją nie noszą przy sobie fałszywych paszportów i nie zakopują niczego w ogródkach swoich teściowych.
— Ania, to nie tak, daj mi wyjaśnić… — zaczął Kostek, robiąc krok w moją stronę. Jego głos drżał, ale w oczach pojawiło się coś nowego. Coś zimnego, kalkulującego.
— Nie podchodź do niej! — wrzasnęła mama, unosząc w górę dłoń z brudnym od ziemi i soku nożykiem do odcinania wąsów truskawek. — W tej torbie były paczki z gotówką. Setki tysięcy euro. I broń, Aniu! Tam była broń! A obok leżał ten notes… twój notes, „Kostia”! Z zapiskami, trasami i datami. Dzisiejsza data była zakreślona na czerwono z dopiskiem: „Likwidacja. Nowe życie”.
W tym momencie wszystko ułożyło się w jedną, potworną całość. Niespodziewany wyjazd do Hiszpanii. Bilety kupione w jedną stronę, o czym dowiedziałam się dopiero rano. Pośpiech. Naciski, żebyśmy nie jechali do mamy… On nie chciał mnie zabrać na wakacje. On uciekał. A ja byłam tylko jego idealną przykrywką — naiwną dziewczyną z dobrego domu, która gwarantowała mu status spokojnego obywatela.
— Kim ty jesteś? — szepnęłam, a łzy w końcu zalały mi twarz.
Kostek westchnął głęboko. Jego cała postawa nagle się zmieniła. Zniknął przestraszony chłopak, a pojawił się pewny siebie, niebezpieczny mężczyzna. Wyprostował się i schował ręce do kieszeni.
— Byłem kimś, kto próbował zacząć od nowa, Aniu — powiedział cicho, bez żadnych emocji. — Naprawdę cię pokochałem. Ale przeszłość mnie dopadła. Te pieniądze… należą do ludzi, którzy nie wybaczają kradzieży. Miałem plan. Chciałem zabrać ciebie, polecieć do bezpiecznego miejsca i nigdy tu nie wracać. Ale twoja matka musiała wsadzić nos w nie swoje sprawy.
Nagle zza płotu usłyszeliśmy pisk opon. Czarny, potężny SUV zatrzymał się z impetem przed naszą działką. Kostek drgnął.
— Za późno — syknął. — Znaleźli mnie.
Z samochodu wysiadło trzech postawnych mężczyzn w ciemnych okularach. Kostek nie czekał ani sekundy. Spojrzał na mnie ostatni raz — w jego oczach nie było już miłości, tylko czysty instynkt przetrwania. Odwrócił się i zaczął biec w stronę gęstego lasu graniczącego z działką. Mężczyźni ruszyli za nim, wyciągając coś spod marynarek.
Padły strzały. Mama pociągnęła mnie na ziemię, prosto w krzaki truskawek. Wszystko działo się jak na filmie. Krzyk, huk, a potem… nagła, przerażająca cisza.
Kiedy policja przyjechała na miejsce trzy godziny później, po Kostku i napastnikach nie było już śladu. Znaleziono jedynie porzuconą w lesie zakrwawioną kurtkę mojego męża. Do dziś nie wiem, czy przeżył, czy tamtej nocy zginął człowiek, którego kochałam. Wiem tylko jedno — truskawki na działce mojej mamy już nigdy nie będą smakować tak samo.