Ciąg dalszy opowieści
Ania odwróciła się, spodziewając się zobaczyć obleśny uśmiech teścia, ale widok był znacznie gorszy. Andrzej, jej teść, leżał z szeroko otwartymi oczami, które były całkowicie białe. Nie patrzył na nią, lecz w sufit, a jego ciało było sztywne jak głaz.
Jednak to nie jego wzrok ją sparaliżował. W drugiej ręce teść trzymał starą, sczerniałą brzytwę, którą powoli przesuwał centymetry od gardła swojego śpiącego syna, Marka.
— On musi odejść, żeby syn mógł powrócić — szeptał Andrzej głosem, który nie należał do niego. Był zachrypnięty, nieludzki.
Ania chciała krzyczeć, ale teść nagle przeniósł na nią swój martwy wzrok i przyłożył palec do ust.
Wtedy zrozumiała straszną prawdę. Marek nie był „pierwszym” synem. Dowiedziała się później od sąsiadów, że dwadzieścia lat temu starszy brat Marka zginął w niewyjaśnionych okolicznościach dokładnie w tym samym domu.
Andrzej nie był zboczeńcem. Był obłąkanym człowiekiem, który wierzył, że poprzez krwawy rytuał w obecności „czystej” osoby (synowej), przywróci do życia swoje pierworodne dziecko kosztem życia drugiego syna.
Ania w ostatniej chwili kopnęła Marka, wyrywając go ze snu. Wybuchła szamotanina. Marek, widząc ojca z brzytwą, nie mógł uwierzyć we własne oczy. Udało im się uciec z domu w samej bieliźnie, prosto do samochodu.
Dziś Andrzej przebywa w zamkniętym zakładzie psychiatrii, a Marek zerwał kontakt z całą rodziną. Ania do dziś nie śpi przy zgaszonym świetle. Kiedy budzi się o trzeciej rano, wciąż czuje na plecach ten chłodny dotyk „ducha narodzin”.