Ciąg dalszy opowieści

Mój Tomek… Mój mąż, mój przyjaciel, ojciec moich dzieci. Zawsze taki spokojny, taki… normalny. Od kilku tygodni skarżył się na swędzenie pleców. Nic nadzwyczajnego, prawda? Zmieniliśmy proszek, unikaliśmy słońca, kupowaliśmy kremy… Myśleliśmy, że to alergia. Ale ślady nie znikały. Było ich coraz więcej, czerwone, bolesne pręgi i dziwne, nienaturalne zagłębienia, jakby ukąszenia, ale… zbyt regularne. Zbyt… celowe.

W końcu, po bezsennej nocy, poszliśmy do doktora Wiśniewskiego. Znał nas od lat, leczył nasze dzieci. Gdy tylko Tomek ściągnął koszulkę, lekarz pobladł. Spojrzał na mnie, potem na Tomka, a jego oczy rozszerzyły się z przerażenia. Przez chwilę panowała absolutna cisza, przerywana tylko szybkim oddechem doktora. W końcu, drżącym głosem, wykrztusił:

– To… To nie są ukąszenia.

Mój żołądek skurczył się w bolesny supeł.

– O czym pan mówi? – zapytał Tomek, a w jego głosie, po raz pierwszy, usłyszałam nutę prawdziwego strachu.

Doktor wziął głęboki oddech.

– Te ślady… To… To są tatuaże. Ale nie artystyczne. To… To są… – zamilkł, szukając słów.

– Co?! Jakie tatuaże?! O czym pan mówi? – krzyknęłam.

Doktor Wiśniewski spojrzał mi prosto w oczy.

– To są blizny po… rytualnym nacinaniu skóry. Wygląda to na… – zawahał się – na oznaczenia… pewnej… sekty.

Zaniemówiłam. Sekta? Rytuały? Tomek? To było niemożliwe! Ale doktor kontynuował:

– Te wzory… To… To są symbole… I są świeże. Bardzo świeże. I regularne. Jakby ktoś to robił… wielokrotnie… przez długi czas…

Tomek siedział na kozetce, jego plecy były odsłonięte, a ja… ja nie mogłam oddychać. Wtedy… wtedy to zobaczyłam. Nie tylko ślady. Na stoliku obok… w małej miseczce… leżał… nożyk. Cienki, precyzyjny nożyk chirurgiczny. I… i kawałek materiału… nasączony… czymś… ciemnym.

I wtedy… wtedy Tomek… wstał. Jego twarz była… inna. Nie przerażona. Nie zdezorientowana. Była… spokojna. Zbyt spokojna. Spojrzał na lekarza, potem na mnie. I uśmiechnął się.

– O tak, doktorze – powiedział, a jego głos był… zimny, obcy. – Te oznaczenia… To moja droga do… prawdy. Do przebudzenia.

Chciałam krzyczeć, ale uwięzło mi w gardle.

Tomek sięgnął po nożyk.

– I teraz… – powiedział, a jego uśmiech stał się szerszy, bardziej… złowrogi. – Teraz wy… oboje… dołączycie do nas.

Drzwi do gabinetu otworzyły się, a w nich stanęli… oni. Ludzie z twarzami zasłoniętymi kapturami. Ludzie… którzy… którzy…

Recommended

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to top button

Adblock Detected

Please consider supporting us by disabling your ad blocker