A niech cię, mam gdzieś to, że to twoja matka, Igor!
— A niech cię, mam gdzieś to, że to twoja matka, Igor! Ona obraziła moich rodziców, więc będę się z nią zachowywać tak, jak na to zasłużyła! A jeśli będzie trzeba, to i uderzę! Jasne?!
— Co ty sobie wyobrażasz? Zwariowałaś? — głos Igora nie był głośniejszy od szeptu, ale stalowy uścisk jego palców, które wbiły się w przedramię Krystyny, mówił głośniej niż jakikolwiek krzyk. Prawie przeciągnął ją z zalanego światłem i gwarem salonu do ciemnego, wąskiego korytarza, gdzie zapach zakurzonych płaszczy i starych butów mieszał się z wonią gorących potraw.Wyrwała rękę jednym ostrym, wściekłym ruchem. Na delikatnej skórze natychmiast pojawiły się cztery czerwone plamy — dokładne ślady jego palców. Krystyna nie potarła obolałego miejsca. Wyprostowała się, uniosła podbródek, a jej oczy, w półmroku korytarza wydające się niemal czarne, płonęły suchym, wściekłym ogniem. Cały jej wygląd był odpowiedzią — lodowatą i bezlitosną.
— Ja? Co ja sobie pozwalam? — jej głos był niski i napięty jak naprężona struna. — To ty mnie o to pytasz, Igor? Stałeś i patrzyłeś, jak twoja ukochana matka, Tamara Borisowna, przez cały wieczór metodycznie mieszała moich rodziców z błotem. Nie tylko napomykała, ale mówiła wprost, delektując się każdym słowem, każdą reakcją przy stole.
Zrobił krok w tył, przyciskając się plecami do wieszaka, z którego zwisał jego własny płaszcz. Wyglądał na osaczonego. Twarz miał bladą, na czole wystąpił pot. Chciał ją uciszyć, zmusić do milczenia, przywrócić wszystko w ramy przyzwoitości, ale natknął się na mur.
— Mówiła, że moi rodzice to biedaki z jakiejś prowincjonalnej dziury — Krystyna wymawiała każde słowo z tak zabójczą precyzją, że Igor krzywił się jak przy bólu zęba. — Że wychowali mnie bez pojęcia o dobrym smaku, skoro wybrałam „taką prostą” suknię ślubną. Głośno, na cały stół, roztrząsała, za co oni w ogóle dotarli do Moskwy i czy nie sprzedali na to ostatniej krowy. A ty, Igor? Co ty wtedy robiłeś?
Podeszła bliżej, a on znalazł się w pułapce między nią a ścianą.
— Siedziałeś. Patrzyłeś w talerz. Nalewałeś jej do kieliszka ulubione półsłodkie, kiedy po raz kolejny nazwała mojego ojca pijakiem, a matkę — zabiedzoną wieśniaczką, która nawet dwóch słów nie umie skleić. Uśmiechałeś się, gdy jej przyjaciółki przytakiwały z aprobatą. Byłeś współwinny, Igor. Nie tylko milczałeś — swoim bezczynnością to popierałeś. Jesteś tchórzem.
Słowo „tchórz” uderzyło go mocniej niż policzek. Drgnął, próbował zaprzeczyć, znaleźć choćby kilka słów, które przywróciłyby mu kontrolę.
— Krystyna, przestań. To moja matka… Ona po prostu… ma trudny charakter. Powinnaś to zrozumieć…
— Nic nie powinnam — ucięła ostro. — Wytrzymałam dwie godziny. Dwie godziny słuchałam tego upokorzenia, patrząc na twoją kamienną twarz. Czekałam, aż obudzi się w tobie mężczyzna, mąż, który obroni honor rodziny swojej żony. Ale się nie obudził. I wtedy zrozumiałam, że muszę bronić go sama. I zrobiłam to.
Przypomniał sobie tamtą chwilę, która stała się powodem ich ucieczki do korytarza. Tamara Borisowna, zarumieniona od wina i poczucia własnej ważności, stała w drzwiach, odprowadzając któregoś z gości. Rzuciła Krystynie przez ramię kolejną złośliwość o „pannach bez posagu”. W tym momencie Krystyna, przechodząc obok, niby to niezgrabnie się potknęła. Jej ramię z impetem uderzyło w twarz teściowej. Rozległ się krótki, głuchy, wilgotny trzask. Tamara Borisowna jęknęła, złapała się za nos, a między jej pulchnymi palcami natychmiast przesiąkła gęsta, ciemna krew. To nie był przypadek. To było krótkie, wyrachowane, okrutne uderzenie.
— Ty… ty ją uderzyłaś — wyszeptał, patrząc na żonę z zabobonnym przerażeniem, jakby widział ją po raz pierwszy.
— Przywróciłam sprawiedliwość — poprawiła chłodno. — I jeśli myślisz, że na tym się skończy, to bardzo się mylisz.
— Ty ją uderzyłaś — powtórzył, ale to nie było już pytanie, tylko stwierdzenie faktu, wypowiedziane z dziecięcym niedowierzaniem. Jakby właśnie zobaczył, że prawa fizyki przestały działać na jego oczach. W jego świecie, starannie ułożonym i chronionym, takie rzeczy się nie zdarzały. Żony nie biły teściowych. Konflikty rozwiązywało się cichym sabotażem, znaczącym milczeniem, ale nie przemocą fizyczną.
Krystyna krzywo się uśmiechnęła. Ten uśmiech był straszniejszy od otwartej wściekłości. Nie było w nim skruchy, tylko pogarda dla jego naiwności.
— A co ty proponowałeś? Stać i dalej słuchać? Czekać, aż zaproponuje gościom, by wytarli sobie o mnie buty? Albo aż zdecyduje, że moim rodzicom należy się rola służby? — znów zrobiła krok w jego stronę, a pod jej naporem niemal wbił się w starą drewnianą wieszakową konstrukcję, która jęknęła żałośnie pod jego ciężarem.
— Twoja matka to drapieżnik, Igor. Ona rozumie tylko siłę. Cały ten wieczór mnie badała, szukała słabego punktu. I znalazła go — w tobie. Zobaczyła, że mnie nie obronisz, i to dało jej wolną rękę.On otworzył usta, żeby coś powiedzieć, może znowu wymamrotać o szacunku dla starszych, o tym, że trzeba być mądrzejszym. Ale słowa utknęły mu w gardle. Patrzył w jej twarz — twardą, zdecydowaną, obcą — i rozumiał, że jakiekolwiek jego argumenty zostaną rozbite i wyśmiane. Miała rację. Milczał. Pozwolił, by to się stało. A teraz ona wystawiała mu rachunek.
— Masz dokładnie jedną szansę, by wszystko naprawić — jej głos stał się cichszy, ale przez to tylko cięższy, bardziej stanowczy.
Brzmiał rzeczowo, jak głos chirurga tuż przed skomplikowaną operacją. — Teraz odwrócisz się, wejdziesz do tamtego pokoju, podejdziesz do swojej matki i powiesz jej, żeby się zamknęła. Na zawsze. A potem zmusisz ją, żeby mnie przeprosiła. Nie szeptem, nie do ucha, tylko tak, żeby usłyszeli ci, którzy jeszcze nie wyszli.
Igor zamarł. Jego mózg odmawiał przyjęcia tego, co usłyszał. Zmusić matkę… przeprosić? Tamarę Borisownę, która w życiu nikogo nie przeprosiła, bo uważała to za oznakę słabości? To było nie tylko niemożliwe. To było niewyobrażalne — jakby kazać słońcu krążyć wokół Ziemi.
— Zwariowałaś… Ona nigdy…
— To twój wybór, Igorze — przerwała mu, nie pozwalając dokończyć. Jej spojrzenie wbiło się w jego oczy i poczuł się nagi, całkowicie bezbronny. — Albo ty to zrobisz i spróbujemy ocalić to, co z nas zostało. Albo jeśli w ciągu dwóch minut nie ruszysz się z miejsca, pójdę tam sama. I uwierz mi, po tym nie będzie już czego ratować. Dokończę to, co zaczęłam. I absolutnie nie obchodzi mnie, jakie będą konsekwencje.
Przeszedł go dreszcz. Spojrzał na uchylone drzwi do salonu, skąd dobiegał stłumiony gwar głosów, brzęk kieliszków i fałszywy śmiech.
Tam było jego dotychczasowe życie, jego matka, jego świat. A tutaj, w wąskim, pachnącym naftaliną korytarzu, stała jego żona i proponowała wysadzić ten świat w powietrze. Jego wola, przez lata ćwiczona w posłuszeństwie wobec matki, zawiodła. Nie mógł. Fizycznie nie był w stanie zrobić tego, o co prosiła.
— Nie odważysz się — wyszeptał ostatnią, słabą nadzieję. — Ona… ona jest moją matką.
I wtedy ją rozerwało. Spokój spadł z niej jak maska, a na niego runęła cała ta wściekłość, która gromadziła się w niej przez długie dwie godziny.