Lada, pomyśleliśmy, że za pieniądze ze sprzedaży
— Lada, pomyśleliśmy, że za pieniądze ze sprzedaży twojego mieszkania zrobimy mamusi remont — powiedział mi mąż.
Kiedy usłyszałam, jak Maksim wypowiada słowa o tym, że moja rodzinna relikwia ma zostać sprzedana dla zachcianek jego matki, coś pękło we mnie. Pięć lat wspólnego życia, pięć lat cierpliwości i kompromisów obróciło się w proch w kilka minut. Ale po kolei.Wszystko zaczęło się tamtego feralnego wieczoru, gdy mieliśmy iść do restauracji. Maksim wrócił z pracy posępny jak chmura.
— Walentyna Pietrowna wypowiedziała się o twojej kreacji, Lado — rzucił, nawet się nie witając. — Nie spodobała jej się.
— A tobie co, naprawdę jej zdanie jest takie ważne? — w moim głosie zabrzmiała nuta wyzwania, a mąż od razu zaczął się usprawiedliwiać.
— Na damskiej modzie się nie znam. Moim zdaniem wygląda dobrze.
Historia mojego małżeństwa nierozerwalnie łączyła się z niekończącymi się konfliktami z teściową. Walentyna Pietrowna była uosobieniem kaprysu i despotyzmu. W jej oczach nigdy nie dorastałam do poziomu jej ukochanego, jedynego w swoim rodzaju Maksymka. Myślę, że żadna kobieta nie zdołałaby zdobyć jej przychylności, ale że nie było alternatywy, wszystkie pretensje spadały na mnie.
Po ślubie wynajęliśmy osobne mieszkanie. W momencie naszego poznania Maksim wciąż mieszkał w domu rodzinnym, lecz ja jasno powiedziałam, że wspólne życie z jego matką nie wchodzi w grę — i zdecydował się na wynajem. Moja kariera menedżera sprzedaży rozwijała się znakomicie — stały napływ klientów i przyzwoite dochody były tego dowodem. Maksim zaś poświęcił się pracy pedagogicznej, ucząc karate dzieci w placówce miejskiej.
Zarobki były tam skromne, ale praca sprawiała mu przyjemność i nigdy nie wyrzucałam mu niewielkich kwot na paskach wypłat. Zresztą to właśnie Walentyna Pietrowna załatwiła synowi tę posadę w edukacji. Sama przez całe życie pracowała jako nauczycielka, co było jej powodem do dumy — uważała się za przedstawicielkę wyższych sfer, prawdziwej elity kulturalnej.
I matka, i syn potrafili recytować z pamięci starożytnych autorów w klasycznych przekładach, utwory wielkich poetów i pisarzy, dużo czytali i zawsze posługiwali się sztućcami z arystokratyczną finezją. Ja nie podzielałam ich snobizmu, bo choć pochodziłam z odległej tajgi, potrafiłam przeprowadzić się do metropolii, ukończyć uniwersytet z wyróżnieniem i zarabiać teraz trzykrotnie więcej niż mąż.Tak, nie umiałam cytować klasyki, nie znałam trzech języków obcych, jak mąż i teściowa — ale czy to naprawdę takie istotne? Szczerze troszczyłam się o Maksima — dbałam o jego strój sportowy i ubrania, gotowałam różnorodne potrawy. To ostatnie, nawiasem mówiąc, również bywało przyczyną sporów z Walentyną Pietrowną.
— Ty zupełnie nie rozumiesz zasad zdrowego odżywiania, Lado! Co to za wiejskie pierożki z zieleniną i jajkiem, i jeszcze smażone na oleju roślinnym! Smażyć należy wyłącznie na maśle, a najlepiej piec. I już na pewno nie ty powinnaś objadać się mącznymi wyrobami!
Te kazania wygłaszała mi dama ważąca ponad dziewięćdziesiąt kilo, podczas gdy ja miałam sześćdziesiąt przy wzroście stu siedemdziesięciu centymetrów. Zwykle tylko uśmiechałam się w duchu i milczałam — starszej osoby już się nie zmieni ani nie wychowa na nowo. Jest jaka jest. Walentyna Pietrowna odwiedzała nas, na szczęście, rzadko, ale każda jej wizyta wiązała się z obowiązkowym wykładem o gospodarstwie domowym.
— Kobieta zawsze powinna pozostać kobietą! Spójrz, jak się zapuściłaś! — łajała mnie teściowa, kiedy wyszłam z pokoju z potarganymi włosami i czerwonym od kataru nosem.
Niedomagałam już czwarty dzień i wyglądałam kiepsko. Ale według reakcji Walentyny Pietrowny powinnam była stawić się przed nią niemal w odświętnym stroju, z fryzurą i z chlebem i solą na wyszywanym ręczniku.
— Co to za mieszczańskie nawyki — cerować skarpety? Ty zarabiasz wystarczająco dużo, by kupić Maksimowi nowe! — czepiała się innym razem.
— Szybko się u niego niszczą, a ja nie widzę niczego złego w tym, żeby zaszyć małą dziurkę na pięcie.
— Zmieniłaś miejsce zamieszkania, ale wiejska natura w tobie pozostała! I nie wiadomo jaki uniwersytet skończyłaś, i pracujesz nie wiadomo kim, i w ogóle… Co mój syn w tobie zobaczył, nie rozumiem? Taki utalentowany młodzieniec, urodzony pedagog, takie znakomite wykształcenie zdobył swego czasu.
Głęboko wzdychałam, nie próbując przekonywać teściowej ani co do jakości mojego wykształcenia, ani znaczenia mojej pracy, ani tego, jaką jestem gospodynią. Strategia cierpliwości przynosiła efekty — konflikty z Walentyną Pietrowną zdarzały się rzadko.Ale to nie zmniejszało goryczy, która narastała we mnie względem tej kobiety. Poza tym Maksim zazwyczaj stawał po stronie matki, i czasem miałam wrażenie, że w jego życiu na zawsze pozostanę postacią drugoplanową.
Był jedynym potomkiem Walentyny Pietrowny. Ojciec Maksima nie chciał poślubić jej, co w tamtych czasach było niemal niemożliwe. Samotnej matce było bardzo ciężko, zwłaszcza że dziecko przyszło na świat z wieloma problemami zdrowotnymi, dlatego całą swoją młodość, przypadającą na dzieciństwo Maksima, Walentyna Pietrowna spędziła w szpitalach, nie śpiąc w nocy. Więź między matką a synem była więc niezwykle silna, a ja mogłam niewiele zrobić, by skupić uwagę męża na sobie.
Teściowa miała przestronny dom w prywatnej dzielnicy. Jej rodzic był kiedyś znanym naukowcem i jeszcze za czasów radzieckich osiągał solidne dochody. Po jego śmierci, a potem także po śmierci matki Walentyny Pietrowny, teściowa, jako jedyna spadkobierczyni, odziedziczyła kilka mieszkań i dwie działki rekreacyjne. Sprzedawszy wszystko, Walentyna Pietrowna nabyła sobie wspaniałą rezydencję.
Jednak ponieważ teraz utrzymywała się z odsetek od niewielkich lokat i z emerytury pedagogicznej, przeprowadzenie kapitalnego remontu w takim domu było poza jej możliwościami. Mimo to teściowa paliła się do realizacji tego planu.
— Trzeba by mamie pomóc z remontem… — delikatnie poruszył ten temat mąż.— Maksim, planujemy wziąć mieszkanie na kredyt, już pora myśleć o potomku. Jeśli twojej matki nie stać na utrzymanie jej rezydencji, niech przeprowadzi się do skromniejszego lokum i sprawa załatwiona. Wszyscy na tym skorzystają. W swoich pałacach czuje się samotna, nie ma sobie zajęcia i wtrąca się w nasze sprawy.
— Oczywiście, to logiczne, ale przecież jest przywiązana do swojego domu. A ty masz działkę…
— Działka przeszła na mnie w spadku po dziadku, o tym nawet nie ma mowy! — przerwałam ostro.
Działka rzeczywiście była moja, choć z dość starym domem. Znajdowała się w spółdzielni ogrodniczej i należała jeszcze do mojego dziadka, który przeniósł się tam po śmierci babci.
Dziadek w młodości miał zręczne ręce i znakomicie zajmował się rzeźbą w drewnie. Pomimo upływu czasu, dwupiętrowy, przestronny dom nadal był solidny, a jego rzeźbione ozdoby można było podziwiać bez końca.
Od dawna dziczały sadzone jeszcze przez babcię drzewa owocowe i krzewy jagodowe. Ale nie spieszyłam się z rozstaniem z nimi — czasem wynajmowałam sąsiadom, którzy uprawiali warzywa i wszystko, co im się podobało, a przy okazji nie pozwalali, by ziemia całkiem zarosła.
To, że Maksim teraz o tym wspomniał, było dla mnie niezwykle nieprzyjemne. Czy naprawdę uważał, że sprzedam pamięć o dziadku? Całe dzieciństwo spędziłam na tej działce, odpoczywając i pomagając dziadkowi z babcią. Było to miejsce mocy, radości, wspomnień o zmarłych bliskich.
— Sugerujesz sprzedaż? — zapytałam męża przy kolacji.