A ty dalej w sekretarkach chodzisz, na więcej ci rozumu nie starczyło?

— A ty dalej w sekretarkach chodzisz, na więcej ci rozumu nie starczyło? — uśmiechnął się były, nie wiedząc, że teraz jestem żoną jego szefa.

Anna Siergiejewna zawsze przychodziła do pracy piętnaście minut wcześniej. Nie z gorliwości ani chęci zrobienia wrażenia — po prostu tak było właściwie. Kiedy inni pracownicy w pośpiechu dopijali kawę na korytarzu, ona już rozdzielała pocztę, przygotowywała dokumenty do podpisu i sprawdzała harmonogram spotkań dyrektora.Jej miejsce pracy — niewielkie biurko przed gabinetem Maksyma Pietrowicza Wołkowa — było zorganizowane z matematyczną precyzją. Segregatory stały uporządkowane według kolorów i dat, długopisy leżały idealnie równolegle do krawędzi stołu, a telefon znajdował się pod kątem czterdziestu pięciu stopni względem monitora komputera.

Koledzy podśmiewali się z jej pedanterii, ale przyznawali: gdy trzeba było coś znaleźć albo sprawdzić, wszyscy szli do Anny.

— Aniu, gdzie jest umowa z „Systemą Plus”? — pytał ktoś z działu sprzedaży.

— Trzecia półka, niebieski segregator, dział „Obowiązujące kontrakty, S–T” — odpowiadała, nawet nie odrywając wzroku od komputera.

I rzeczywiście, umowa zawsze była dokładnie tam, gdzie mówiła.

Dmitrij pracował w tym samym dziale sprzedaży. Jej mąż od trzech lat.

Wysoki, z lekko potarganymi jasnymi włosami i wiecznie pogniecioną koszulą, wydawał się całkowitym przeciwieństwem żony. Jeśli Anna była uosobieniem porządku, to Dmitrij symbolizował twórczy chaos. Jego biurko przypominało pole bitwy — papiery, długopisy, kubki po kawie, wizytówki i jakieś niezrozumiałe karteczki kleiły się do siebie w fantazyjne piramidy.

— Dim, znów zapomniałeś przekazać wniosek do księgowości — mówiła mu Anna po pracy, kiedy szli do samochodu.

— A, tak, racja. Jutro przekażę — machał ręką, myśląc już o czymś innym.

Ale następnego dnia znów zapominał, i Anna musiała delikatnie przypominać kolegom z księgowości, że wniosek od Dmitrija Krawcowa jest jeszcze w drodze.

Ona go kochała. A przynajmniej myślała, że kocha. Poznali się jeszcze w czasach studenckich, pobrali się zaraz po ukończeniu studiów i zatrudnili w tej samej firmie. Wtedy wydawało się to romantyczne — wspólnie budować karierę, wspierać się nawzajem. Ale z czasem Anna zaczęła zauważać, że wsparcie działa tylko w jedną stronę.

Dmitrij często spóźniał się na ważne spotkania, zapominał o terminach i miał zwyczaj obiecywać klientom to, czego firma nie była w stanie zrealizować. Anna nauczyła się czytać jego kalendarz i dyskretnie, niby przy okazji, przypominać mu o ważnych sprawach.

— Dim, jutro o dziesiątej masz spotkanie z przedstawicielami „Technostroju” — mówiła wieczorem.

— Uhm — kiwał głową, wpatrzony w telefon.

— Chcą porozmawiać o możliwości obniżenia ceny. Policzyłam, że maksymalny rabat, jaki możemy dać bez strat dla rentowności, to siedem procent.— Uhm, siedem, jasne.

Następnego dnia obiecał klientom piętnaście procent rabatu i pełne wsparcie techniczne, którego firma po prostu nie posiadała.

Maksym Pietrowicz Wołkow, dyrektor firmy, był mężczyzną około czterdziestu pięciu lat, o przenikliwych szarych oczach i zwyczaju uważnego słuchania rozmówcy. W przeciwieństwie do wielu szefów, nie lubił krzyczeć i wolał rozwiązywać konflikty poprzez dialog. Anna pracowała jako jego sekretarka już od kilku lat i wiedziała: jeśli Maksym Pietrowicz marszczy czoło, patrząc w dokumenty, to znaczy, że ktoś z podwładnych znowu naobiecywał za dużo.

— Anno Siergiejewna — zawołał ją pewnego ranka — ma pani chwilkę?

Wzięła notes i weszła do jego gabinetu. Maksym Pietrowicz stał przy oknie, trzymając w rękach jakieś papiery.

— Proszę powiedzieć, jak długo pani mąż pracuje w dziale sprzedaży?

Pytanie było niespodziewane. Anna poczuła, jak serce jej się ścisnęło.

— Trzy lata, Maksymie Pietrowiczu.

— A ile czasu poświęca pani na poprawianie jego błędów?

Milczała. Maksym Pietrowicz odwrócił się do niej twarzą.

— Nie chcę stawiać pani w niezręcznej sytuacji. Ale liczby mówią same za siebie. W ostatnim kwartale dział sprzedaży osiągnął najniższe wyniki od dwóch lat. Tymczasem liczba skarg klientów wzrosła. I osiemdziesiąt procent tych skarg dotyczy pracy jednego pracownika.

Anna wiedziała, o kogo chodzi.

— Maksymie Pietrowiczu, rozumiem, że to wygląda nieprofesjonalnie…

— Anno Siergiejewna — przerwał jej łagodnie — jest pani najcenniejszym pracownikiem w tej firmie. Zna pani wszystkie nasze procesy, pamięta każdy kontrakt, potrafi rozmawiać z klientami. Szczerze mówiąc, radzi sobie pani lepiej niż połowa menedżerów. Dlaczego pracuje pani jako sekretarka?

— Lubię swoją pracę.

— To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

Spojrzała na niego i nagle zrozumiała, że nie potrafi skłamać. Temu człowiekowi nie można było kłamać — widział ludzi na wskroś.

— Kiedy dopiero tu przyszliśmy, chciałam spróbować sił w sprzedaży. Ale Dmitrij powiedział, że w jednej rodzinie dwóch konkurentów to nie w porządku. Że będzie mu niezręcznie, jeśli będę zarabiać więcej.

Maksym Pietrowicz skinął głową, jakby usłyszał dokładnie to, czego się spodziewał.

— Rozumiem. W takim razie mam dla pani propozycję. Proszę pomyśleć o awansie. Zastępca ds. rozwoju biznesu. Pensja dwa razy wyższa, własny gabinet, delegacje. Jest pani gotowa?

— A co z Dmitrijem?

— A co Dmitrij? To pani kariera, Anno Siergiejewno. Pani życie.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to top button

Adblock Detected

Please consider supporting us by disabling your ad blocker