Ciąg dalszy opowieści
Marek stał na wycieraczce, a deszcz spływał mu po drogim płaszczu, który kiedyś razem wybieraliśmy. Wyglądał jak cień człowieka. Gdzie podział się ten pewny siebie mężczyzna, który dwa lata temu pakował walizki, twierdząc, że przy Natalii „w końcu oddycha”?
— Anna, proszę, wpuść mnie. Ona mnie zniszczyła. Zabrała wszystko, auto, oszczędności… Nawet nie mam gdzie spać — bełkotał, próbując wejść do środka.
Poczułam dziwny spokój. Brak empatii był dla mnie samej zaskoczeniem. — Zapomniałeś? Jesteśmy po rozwodzie! — ucięłam krótko. — A to oznacza, że twoje roszczenia są problemem twojej kochanki, a nie moim. Żegnam.
Chciałam zatrzasnąć drzwi, ale Marek zablokował je nogą. Jego twarz wykrzywił grymas, który nie był już błaganiem, lecz czystym przerażeniem. — To nie wszystko, Anna. Spójrz na to.
Podał mi pogniecioną kopertę. W środku znajdowały się dokumenty medyczne i wyciągi z konta, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Moje nazwisko widniało na dokumentach kredytowych opiewających na gigantyczne sumy — kredytach zaciągniętych w czasie, gdy jeszcze byliśmy małżeństwem. Natalia, która pracowała w banku, pomogła mu sfałszować moje podpisy.
Niespodziewany zwrot akcji: — Ona mnie szantażuje, Anna — wychrypiał. — Powiedziała, że jeśli nie wrócę do niej i nie namówię cię do sprzedaży twojego mieszkania, żeby spłacić te długi, pójdzie na policję i powie, że to ty o wszystkim wiedziałaś. Ma nagrania, na których… na których niby się zgadzasz.
Poczułam, jak świat wiruje. Ale wtedy uświadomiłam sobie coś ważnego. Marek nie przyszedł mnie ostrzec. On przyszedł mnie błagać, bym się poświęciła, żeby on nie poszedł do więzienia.
Finał: Uśmiechnęłam się zimno. Wyciągnęłam telefon i włączyłam dyktafon, który był aktywny od początku naszej rozmowy. — Wiesz, co jest zabawne, Marek? — zapytałam. — Moja siostra jest prawnikiem. Rok temu, czując, że coś kręcisz przy podziale majątku, kazała mi sprawdzić historię kredytową. Wszystko wiedziałam. Czekałam tylko, aż sam tu przyjdziesz i przyznasz się do fałszerstwa przy świadku — wskazałam na kamerę monitoringu nad drzwiami.
Marek zbladł jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle było możliwe. — Anna, co ty robisz? — To, co powinnam zrobić dawno temu. Wystawiam rachunek za moją krzywdę.
Zamknęłam drzwi i przekręciłam klucz. Pięć minut później pod dom podjechał radiowóz, który wezwałam, gdy tylko zobaczyłam go na podjeździe przez okno. Nie było już powrotów. Nie było litości. Karma nie wraca — karma przychodzi z nakazem aresztowania.