Ciąg dalszy opowieści
Ordynator zamknął drzwi gabinetu i wskazał mi krzesło. Widząc mój szok, nalał mi szklankę wody.
– Pan jest mężem pani Marty? – zapytał cicho. – Byłym mężem. Rozwiedliśmy się dwa miesiące temu – odpowiedziałem, wciąż nie mogąc złapać tchu. – O co tu chodzi? Dlaczego ona mnie nie poznaje? Dlaczego wygląda jak cień samej siebie?
Lekarz westchnął ciężko i otworzył grubą teczkę z dokumentami. – Panie Tomaszu… Pani Marta trafiła do nas na oddział neurologiczny trzy tygodnie temu. Została znaleziona na ulicy, nie wiedziała, kim jest ani gdzie mieszka. Zrobiliśmy komplet badań, w tym rezonans magnetyczny mózgu.
Doktor odwrócił ekran komputera w moją stronę i pokazał mi skan. W samym środku obrazu widniała ogromna, ciemna plama.
– To guz. Glejak wielopostaciowy – powiedział lekarz, a w pokoju zapadła śmiertelna cisza. – Lokalizacja tego guza wyjaśnia wszystko. On rósł w jej głowie od ponad półtora roku. Naciskał na płat czołowy, który odpowiada za kontrolę emocji, empatię, logiczne myślenie i osobowość.
Siedziałem tam, a świat wokół mnie zaczął wirować. Przypomniałem sobie ostatni rok naszego małżeństwa. Marta, która zawsze była ciepłą, kochającą kobietą, nagle stała się agresywna. Zaczęła mnie wyzywać, wpadała w szał bez powodu, oskarżała o zdrady, a na koniec spakowała walizki i zażądała rozwodu, śmiejąc mi się w twarz. Myślałem, że znalazła kogoś innego. Myślałem, że mnie nienawidzi. Podczas rozprawy sądowej traktowałem ją jak największego wroga.
A ona była po prostu śmiertelnie chora. To nie moja żona mnie niszczyła – to potwór w jej głowie niszczył ją od środka.
– Dlaczego mi nic nie powiedziała? – wykrztusiłem przez łzy. – Bo sama nie wiedziała – wyjaśnił ordynator. – Zmiany osobowości następowały stopniowo. Ona była przekonana, że jej zachowanie jest normalne. Kiedy od pana odeszła, jej stan drastycznie się pogorszył. Straciła pamięć krótkotrwałą. Zapomniała o rozwodzie. Zapomniała… o panu.
Nieoczekiwany zwrot akcji
Lekarz pozwolił mi wejść do jej sali. Marta leżała na łóżku, patrząc bezmyślnie w okno. Podszedłem bliżej, usiadłem na brzegu materaca i delikatnie ująłem jej chłodną dłoń. Na jej palcu nie było już obrączki.
– Marta? – szepnąłem, zalewając się łzami. – Przepraszam cię. Tak bardzo cię przepraszam, że ci nie pomogłem…
Nagle Marta drgnęła. Spojrzała na nasze złączone dłonie, a potem na moją twarz. W jej pustych dotąd oczach błysnęła jakaś iskra. Na jej ustach pojawił się cień tak dobrze mi znanego, ciepłego uśmiechu.
– Tomek… – wychrypiała cicho. – Wiedziałam, że przyjdziesz. Tak długo cię szukałam w tych korytarzach…
Serce urosło mi z nadziei. Lekarze mówili, że nie ma już szans na operację, ale w tym jednym momencie odzyskałem moją dawną Martę. Przez następne dwie godziny rozmawialiśmy, trzymając się za ręce. Wspominaliśmy nasze pierwsze randki, wakacje w górach, psa, którego wspólnie adoptowaliśmy. To był cud. Czułem, że miłość wygrała z chorobą.
Marta zmęczyła się i zaczęła zasypiać. – Kocham cię, Tomku. Nie gniewaj się na mnie – szepnęła zamykając oczy. – Ja też cię kocham, Myszko. Nigdy cię już nie zostawię – odpowiedziałem, całując ją w czoło.
Silne zakończenie
Marta zasnęła z uśmiechem na twarzy. Wyszedłem na korytarz, by zawołać pielęgniarkę, żeby sprawdziła jej parametry. Kiedy lekarka weszła do sali, monitor podłączony do ciała Marty nagle wydał z siebie jeden, ciągły, przeraźliwy pisk.
Lekarze rzucili się do reanimacji. Pielęgniarka wypchnęła mnie na korytarz. Stałem za szybą, patrząc jak walczą o jej życie. Ale było już za późno.
Marta odeszła. Lekarz podszedł do mnie później i powiedział słowa, które zostaną ze mną do końca życia: „Pana obecność dała jej spokój. Ona czekała tylko na pana, żeby móc pamiętać, kim była, zanim odejdzie”.
Dwa miesiące po rozwodzie, zamiast nienawiści, poczułem najgłębszą miłość i najstraszniejszy ból. Straciłem ją dwa razy – najpierw przez chorobę, a potem przez śmierć. Doceniajcie każdą chwilę z bliskimi i nigdy nie oceniajcie zbyt szybko. Czasem za złością drugiego człowieka kryje się ogromne, ciche cierpienie.