Ciąg dalszy opowieści
Czekałem w samochodzie pod kliniką toksykologiczną, gdy zadzwonił doktor Berman. Znaliśmy się od lat. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby jego głos tak bardzo drżał.
– Marcos… z czego ty to wziąłeś? – zapytał, wzdychając ciężko. – To nie są żadne witaminy. To mieszanka ksylazyny, silnego weterynaryjnego leku uspokajającego, i końskich dawek chemicznych środków przeczyszczających. Ktoś systematycznie niszczy śluzówkę żołądka tej osoby i wyłącza jej układ nerwowy. To powolne, wyrachowane morderstwo.
Mój telefon prawie wypadł mi z rąk. Karolina. Kobieta, z którą spałem w jednym łóżku. Kobieta, która w zeszłym tygodniu wybierała ze mną kafelki do basenu we Włoszech, metodycznie, kropla po kropli, zabijała jedyną osobę, która kochała mnie bezwarunkowo. Chciała ubezwłasnowolnić matkę, by przejąć kontrolę nad jej gigantycznymi udziałami w mojej firmie, zablokowanymi w rodzinnym funduszu.
Gniew, który we mnie wezbrał, nie był gorący. Był absolutnie lodowaty. Czysta, psychopatyczna kalkulacja. Zamiast jechać na policję z jednym nagraniem, postanowiłem zniszczyć Karolinę na jej własnym terytorium. W świecie, który kochała najbardziej – wśród ludzi.
Dwa dni później zorganizowałem wystawną kolację z okazji mojego powrotu. Zaprosiłem rodziców Karoliny – wpływowych prawników, snobów, którzy zawsze patrzyli na mnie z góry – oraz zarząd naszej firmy. Stół w jadalni uginał się od kryształów i srebra. Karolina brylowała, ubrana w suknię od Diora, udając perfekcyjną, troskliwą panią domu.
Moja matka siedziała na wózku inwalidzkim w rogu, półprzytomna, z pustym wzrokiem.
Kiedy podano deser, wstałem i wziąłem do ręki kieliszek.
– Chciałbym wznieść toast. Za moją cudowną żonę, która podczas mojej nieobecności tak wyjątkowo dbała o zdrowie mojej matki – powiedziałem głośno. Kątem oka widziałem, jak Karolina oblewa się sztucznym rumieńcem i spuszcza wzrok z fałszywą skromnością.
Dałem znak kelnerowi – człowiekowi z mojej prywatnej ochrony. Podszedł do Karoliny ze srebrną tacą. Na niej stała tylko jedna rzecz. Szklanka z gęstym, zielonym płynem. Dokładnie tym samym, który rano przygotowała dla matki.
W jadalni zapadła martwa cisza.
– Co to jest, Marcos? – zapytała Karolina. Jej uśmiech zniknął. Zastąpiło go zdezorientowanie, a potem… panika.
– To twój specjalny, witaminowy koktajl, kochanie. Ten sam, którym od miesięcy karmisz moją matkę – powiedziałem cicho, ale mój głos przeciął powietrze jak brzytwa. Podszedłem do niej i oparłem ręce o oparcie jej krzesła. – Wypij to.
– Ja… nie jestem spragniona. To lek dla twojej mamy – wydukała, nerwowo zerkając na swoich rodziców, którzy patrzyli na nas w szoku.
– Wypij to do dna, Karolino – syknąłem, pochylając się nad jej uchem. – Albo nagranie, na którym wlewasz jej to siłą, oraz pełny raport toksykologiczny trafią do prokuratora, który stoi właśnie pod naszymi drzwiami.
Zaczęła się trząść. Łzy zrujnowały jej idealny makijaż. Spojrzała na szklankę, potem na mnie. Rozpłakała się histerycznie, próbując uciec od stołu, ale moi ludzie zablokowali wyjście z jadalni.
Jej ojciec wstał z krzykiem, grożąc mi procesami, ale wtedy włączyłem na wielkim ekranie w jadalni nagranie z ukrytej kamery. Słowa „Pij to, starucho” echem odbiły się od kryształowych żyrandoli.
Karolina została wyprowadzona z domu w kajdankach, w tej samej drogiej sukni. Jej rodzice wyszli w milczeniu, z twarzami białymi jak kreda. Zostali zrujnowani towarzysko i prawnie.
Minęło osiem miesięcy. Moja matka wciąż przechodzi rehabilitację, ale znowu zaczęła się uśmiechać. Wczoraj przybrała na wadze kolejny kilogram. A Karolina? Siedzi w celi w areszcie śledczym. Słyszałem od prawników, że strasznie schudła. Podobno narzeka, że więzienne jedzenie bardzo jej szkodzi.